środa, 13 grudnia 2017

Piernik z mąki żytniej



Dziś przed świąteczny przepis na piernik z mąki żytniej. Jak wiecie u nas w domu nie jemy mąki pszennej, więc wszystkie przepisy są przetwarzane na inne rodzaje mąki.  Piernik jest naprawdę prosty, wczoraj upiekł go syn  na wigilię do klubu łuczniczego. Nie wymaga umiejętności master.




Składniki:
2 szklanki mąki żytniej
100 g masła/ oleju kokosowego/margaryny
2 jajka
2/3 szklanki cukru
1/3 szklanki miodu (można oszukać i dodać sztuczny)
1 łyżeczka sody
2 łyżki przyprawy do pierników (używam Kotanyi)
Powidła śliwkowe (ja użyłam domowych)

Polewa:
150 g czekolad
50 g masła/margaryny


Miękkie masło, jaja, cukier i miód ucieramy. Dodajemy mąkę, sodę i przyprawę do pierników całość dokładnie mieszamy na jednolitą masę. Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni, przelewamy ciasto do formy (ja używam małej keksówki) wyłożonej papierem do pieczenia, pieczemy 60 minut. Sprawdzamy patyczkiem czy ciasto nie jest surowe. Studzimy i po wystudzeniu dzielimy na 2/3 części, które przekładamy powidłami śliwkowymi. W garnku zanurzonym w gorącej wodzie (w tak zwanej kąpieli wodnej) rozpuszczamy czekoladę i masło, następnie polewamy piernik poskładany z powidłami i odstawiamy w chłodne miejsce. Ja piekę piernik dzień wcześniej, a na drugi spokojnie przekładam powidłami i polewam czekoladą. Taki piernik długo utrzymuje świeżość.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Co raz bliżej święta.




Odrobina wspomnień tego, co pisałam na temat świąt, przygotowań, dań itp.
Nie chce się powtarzać, więc wyszukałam wszystko, co wcześniej pisałam w temacie. 












To taki szybki przegląd z bloga na temat świąt, przygotowań i prezentów. W tym roku do świąt podchodzimy jak już od lat spokojnie, bez spinania się, chcemy bardziej czerpać radość z bycia z dziećmi, rodziną i znajomymi, niż z pogoni za przebiciem innych prezentami, bardziej błyszczącym oknem i większą choinką. Dzieci co roku są starsze i ten czas już nie wróci, jeszcze chwilkę i będą chciały być więcej czasu ze swoimi znajomymi, więc czerpmy ile możemy z tego czasu jaki mamy. 

czwartek, 23 listopada 2017

Wegański pasztet z dyni bezglutenowy




Tak jak już wcześniej pisałam urzekł mnie pasztet z dyni, wcześniej robiłam pasztety tylko z nasion, teraz pierwszy raz sięgnęłam po dynię i przyznam, że mogłabym się nim tylko odżywiać.




Potrzebujemy:

  • 800 g dyni – obranej
  • 400 g ciecierzycy
  • kawałek selera
  • pół pora
  • 6 ząbków czosnku (można mniej, jeśli nie lubimy, ja lubię)
  • 2 – 3 cebule
  • 2 łyżeczki majeranku
  • ½ łyżeczki kurkumy
  • 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka czarnuszki
  • ½ łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1 łyżeczka cząbru
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 2-3 łyżeczki soli (zależy jak lubimy)
  • 2 łyżki siemienia lnianego
  • 2 łyżki pestek słonecznika
  • 3 łyżki pestek dyni



Ciecierzyce moczymy na noc lub rano stawiamy do moczenia przed wyjściem do pracy. Po około 8 godzinach moczenia (może być więcej), odcedzamy i zalewamy 2 szklankami wody, gotujemy z jedna łyżeczka soli około 15 minut, następnie dokładamy pokrojona w kostkę dynię, oraz seler. Gotujemy 20 minut i dokładamy resztę składników po za siemieniem, słonecznikiem i pestkami dyni. Oczywiście cebulę obieramy, siekamy por, cebulę. Gotujemy wszystko przez kolejne 20 minut. Następnie wycedzamy, płyn odlewamy do kubeczka (może być nam potrzebny, gdy pasztet będzie za gesty). Miksujemy przy pomocy blendera wszystkie warzywa wraz z siemieniem lnianym i czosnkiem, doprawiamy do smaku i dokładamy resztę nasion. Jeśli całość jest zbyt gęsta dokładamy wywar. Przekładamy pasztet do dwóch foremek wyłożonych papierem (ja użyłam dwóch keksówek). Pieczemy w piecyku nagrzanym do 180 stopni przez około 30 minut, aż powierzchnia będzie zrumieniona.  Ja pozostały wywar z pasztetu użyłam na drugi dzień do zupy. 

wtorek, 21 listopada 2017

Tarta bezglutenowa - warzywna



Ostatnio mnie bardziej ciągnie do warzyw niż mięsa, niestety rodzina ma problem, bo to ja gotuję, więc ja wybieram. Upiekłam pasztet z dyni, smak mnie tak urzekł, że ugotowałam bazując na pomyśle na pasztet zupę, a dziś upiekłam tarte bezglutenową - warzywną.  Danie jest niedrogie, sycące, zdrowe i nie wymaga umiejętności mistrza kuchni.




Składniki:

Ciasto
  • 100 g mąki ryżowej
  • 100 g mąk kukurydzianej
  • 50 g maki ziemniaczanej (można użyć po prostu 250 g mąki pszennej)
  • 1 jajko
  • ½ paczki margaryny lub masła
  • ½ łyżeczki soli

Farsz

  • 2 marchewki
  • 1 brokuł - zamiennie za wszystkie warzywa jedna paczka warzyw mrożonych (ja takich użyłam)

Sos

  • jogurt
  • 100 g żółtego sera
  • 4 jajka
  • 1 łyżeczka przyprawy curry
  • sól do smaku


Zagniatamy ciasto, wylepiamy nim wyłożoną papierem do pieczenia tortownicę lub naczynie do zapiekania tarty (ja nie posiadam), nakłuwały ciasto widelcem, wkładamy na 30 minut do lodówki.
Gotujemy na pół miękko warzywa, odstawiamy wycedzone.
Ścieramy ser żółty, mieszamy z jogurtem, jajkami i przyprawami.
Podpiekamy spód w temperaturze 200 stopni przez 15 minut, następnie nakładamy połowę sosu, układamy warzywa i zalewamy resztą sosu, pieczemy 25 minut w temperaturze 180 stopni. Podajemy na ciepło.  

Danie nie jest zbyt drogie, smaczne, sycące i zdrowe. 

czwartek, 16 listopada 2017

Rolada z boczku nadziewana tymiankiem i czosnkiem




My od wielu lat produkujemy własne domowe wędliny, kupujemy mięso w ubojni i produkujemy sami dodatki do pieczywa. 
Dzięki temu nie są one nasączone chemią, nie ma problemu z alergiami, wszyscy spokojnie mogą je jeść, a dodatkowo wychodzą dużo, dużo taniej.

Ostatnio troszkę brakło w domu wędlin, więc zabraliśmy się z mężem za produkcję.  Ja upiekłam roladę z boczki i pasztet, a dodatkowo ugotowałam, następnie upiekłam peklowana golonkę. Mąż zapeklował boczek i szynki, za tydzień będzie je wędził.  
Szuflada z zamrażarce pięknie się wypełniła domowymi wędlinkami.





Przepis na roladę boczkową z tymiankiem i czosnkiem:

  • 2 kg cienkiego boczku bez kości i skóry
  • 4 ząbki czosnku
  • 2 łyżki majeranku
  • 3 łyżki oliwy/oleju
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżka tymianku
  • ½ łyżeczki pieprzu cayenne
  • 2 cebule
  • 1/2 szklanki wody 



Obieramy i ścieramy czosnek na drobnej tarce lub przeciskamy przez praskę, mieszamy go z przyprawami i oliwą. Układamy boczek tłustą stroną do blatu/talerza i smarujemy powstała pastą chudą część, następnie go rolujemy i związujemy bawełnianym sznurkiem lub nicią. Odkładamy tak przygotowany boczek na noc do lodówki, następnego dnia układamy boczek w naczyniu do pieczenia, dokładamy dwie obrane cebule pokrojone w ćwiartki, podlewamy ½ szklanki wody i pieczemy 2 godziny w temperaturze 180 stopni. Po upieczeniu wyjmujemy z pieca i zostawiamy w naczyniu do wystygnięcia, wyjmujemy boczek na talerz i odstawiamy do lodówki na co najmniej 2 godziny, następnie zdejmujemy sznurek i boczek jest gotowy do jedzenia, możemy cześć zamrozić, jak widać na zdjęciu ja podzieliłam na kilka części i zamroziłam, a część zostawiłam do zjedzenia. 






wtorek, 14 listopada 2017

Zapiekanka z dyni i kaszy jaglanej z rodzynkami na słodko



Dyniowe szaleństwo u nas w domu trwa w najlepsze, rodzina uwielbia dynię, dynia jest zdrowa, więc robimy z niej ciasto, zupy, curry, zapiekanki, placki. Wczoraj na kolację po raz pierwszy zrobiłam zapiekankę dyni z jagłą, bardzo rodzinie przypadła do gustu, mąż brał dokładki.


Zdjęcie jest kiepskiej jakości, niestety zapiekanka szybko znikała i tylko takie mam zdjęcie. Przepraszam


Składniki:

  • 1 kubek kaszy jaglanej
  • 600-800 g dyni
  • 2 garście rodzynek
  • 4 – 6 łyżek cukru (w zależności od upodobań)
  • ¼ kostki masła/margaryny/3 łyżki oleju kokosowego – do wyboru
  • tłuszcz do smażenia dyni (ja użyłam tłuszcz zdjęty z mleka kokosowego domowego, ale może być każdy również smalec)
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 kubki wody
  • szczypta soli


Kasze płuczemy w zimnej wodzie, przelewamy wrzątkiem i ponownie zimną woda, gotujemy do miękkości w 2 kubkach wody przez około 15 minut na małym gazie pod przykryciem. Dynię kroimy w drobną kostkę, solimy i dusimy do miękkości na tłuszczu przykrywamy na początku, a następnie lekko odparowujemy.  Rodzynki przelewamy wrzątkiem. Mieszamy razem wszystkie składniki po za masłem/margaryna/olejem kokosowym, przekładamy do natłuszczonej formy do zapiekania wszystko i na wierzch układamy masło/margarynę/olej kokosowy. Wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piecyka i zapiekamy przez 30-40 minut. Można podać polaną jogurtem lub śmietaną. Jeśli komuś będzie za mało słodka możemy polać miodem lub syropem klonowym. 

poniedziałek, 6 listopada 2017

Warto przestać się zamartwiać!!!





Martwicie się? Czy warto się wszystkim zamartwiać? Czy warto rozważać wszystkie nasze braki?



Ja, co dnia uczę się jak najmniej martwić, zamartwiać. Ostatnio przeczytałam, że gdy by wyeliminować stres i zamartwienie się można by uniknąć 80% chorób, jakie nas atakują w tym nowotwory. Badania prowadzone nad stresem i umartwianiem się dowiodły, że nasza psychika to jeden z najważniejszych elementów naszego zdrowia lub choroby. Pozbywając się napięcia, odpuszczając sobie jesteśmy wstanie powrócić do nawet pełnego  zdrowia, ale jeśli ciągle rozkładamy na drobne nasz problem, przysłowiowo „wałkujemy” go i analizujemy czując się bez wyjścia, możemy doprowadzić nawet do całkowitego poddania się naszego organizmu. Naszą energię życiową pochłonie smutek, zamartwianie się i stres, które wywołują szereg procesów chemicznych w naszym organizmie i go wyniszczają. 
Nawet na pozór spokojni ludzie codziennie podróżujący w korku i irytujący się tam, uderzając w klakson, przepychając się niszczą swoje zdrowie, powodują u siebie ekstremalne napięcie i niestety mimo spokojnego trybu życia niszczą się w takich sytuacjach, a przecież niewiele przyspieszą jadąc przez miasto, powinni raczej poddać się sytuacji i wykorzystać ten czas np. na słuchanie audiobooku, muzyki, ćwiczyć oddech, relaksować się. Nie mamy w takiej sytuacji za wiele opcji, więc, po co walczyć, po co się napinać, stresować i niszczyć świadomie swój organizm.

Podobnie jest z zamartwianiem się o dzieci, rodzinę. 
Gdy dziecko idzie samo do szkoły, kolegi, na zajęcia nie ma sensu wpatrywać się w telefon/okno i rozważać, co może mu się stać, nie mamy w tym momencie wpływu na sytuację, nasze napięcie, martwienie się nie ocali dziecka, ale za to skutecznie będzie niszczyć nas, nie przygotujemy się na zapas na zło. Zamykając dziecko w domu lub dowożąc je wszędzie zamykamy mu drogę do samodzielności, pamiętajcie, że bez względu na wiek zawsze będzie mu grozić niebezpieczeństwo, kiedy ma się nauczyć dbać samo o siebie? Wspierajmy dziecko dobrymi radami, uczmy samodzielności, nie przytłaczajmy go własnymi lękami, tłumaczmy jak ma się zachować na ulicy i w obcym dla niego środowisku. Nie wychowujmy teoretyków, ale również praktyków.

Martwienie się o stan posiadania to już jedna z głupszych rzeczy, martwimy się, gdy nic nie mamy, jak żyć, inni mają lepiej, mnie jest wyjątkowo ciężko, inni maja na pewno lepsze życie. Martwimy się, gdy mamy dużo, bo ktoś nas okradnie, bo nas napadną itd. Bez sensu jest to stałe martwienie się, nie mamy na nie wpływu, więc, po co się ciągle zamartwiać. Możemy podjąć dodatkową prace i stwierdzić zrobię, co mogę i tyle, więcej nie dam rady dać z siebie.
Mam dużo, zakładam zabezpieczenia, jestem ostrożny i to tyle, nie przechwalam się bogactwem, żyję spokojnie to wszystko, co mogę zrobić, martwię się nie pomoże, ale na pewno zaszkodzi.

Myślę, że walka z każdym stresem lub zamartwianiem się musi być jakoś uporządkowana, ja osobiście uczę się, szukam różnych publikacji na temat radzenia sobie ze stresem, ostatnio przeczytałam świetną książkę „Jak przestać się martwić i zacząć żyć” tam został opisany ciekawy pomysł na zanalizowanie stresu. Przede wszystkim trzeba się zastanowić, co może nas najgorszego spotkać np., jeśli zachorowaliśmy na nowotwór to oczywiste jest, że najgorsza w tym wypadku jest bolesna śmierć. Następny krok to zastanowić się, co możemy zrobić i czy mamy wpływ na najgorsze, w wypadku nowotworu, jeśli już poddaliśmy się terapii, zrobiliśmy wszystko z medycznego punktu widzenia to zróbmy coś tak dla siebie, nie użalajmy się tylko zróbmy coś, o czym marzyliśmy, ale brakowało nam czasu lub odwagi np. tatuaż, no, bo co nam zaszkodzi, miejmy odwagę przeżyć ten czas, który nam pozostał tak jak zawsze chcieliśmy, a nie jak wyszło lub inni od nas oczekiwali. Możemy się zdziwić jak wiele uda nam się zyskać uwalniając się od zamartwiania, są przypadki zupełnego uleczenia, a jeśli nawet to nie nastąpi to, choć nie będzie tak bardzo żal.

Zazdroszczenie innym, zamartwianie się ot to, że mamy mniej, nie prowadzi do polepszenia naszego stanu majątkowego, po za tym, po co rozdrabniać się nad tym, czego nie mamy, pomyślmy o tym, co mamy i doceńmy to. Sąsiad ma wspaniałe auto, a my 20 letnie sypiące się, jest nam z tym źle, ale czy wszyscy mają ten luksus i w ogóle posiadają samochód? A może lepiej skupić się na polepszeniu stanu mojego samochodu i polubieniu go niż nad rozważaniu, że sąsiad/kolega ma taki samochód, na który i tak mnie nie stać, bo kupić to jedno, a utrzymać to drugie. Więc, po co marnować życie na zamartwienie się nad tak błahą sprawą? W wielu krajach głównym środkiem transportu jest rower, a ja mam się martwić nad samochodem? Szkoda życia na takie rozmyślania.

Pamiętajcie zamartwienie się, to robienie sobie szkody. A już martwienie się tym, co ludzie powiedzą to jest robienie przysługi tym, co o nas mogą źle pomyśleć lub powiedzieć, bo tylko siebie niszczymy a nie ich.  Zawsze znajdzie się ktoś, kto nas źle oceni, nie spodoba mu się nasze życie, wygląd, zachowanie, więc, po co tym się zamartwiać, żyjcie w zgodzie ze sobą, a nie dla innych. Pokochajcie siebie, no, bo jak możecie uczyć dzieci miłości jak samych siebie nie kochacie. Podobnie jest z wdzięcznością, jak można oczekiwać wdzięczności na starość od dzieci jak nie uczymy ich wdzięczności, gdy są małymi dziećmi, uwarzmy, że wszystko, co robią nam się należy i to jest ich obowiązek, nie mówimy im, że jesteśmy za coś wdzięczni. Jak to przysłowie mówi, „Czego Jan się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał” Miłości, wdzięczności też trzeba się nauczyć. Tylko spełniony i szczęśliwy rodzic może nauczyć dziecka miłości, wdzięczności, szacunku do innych i siebie samego. Te cechy są ważniejszym prezentem na dorosłe życie niż pieniądze i dobre wykształcenie. 
Jeśli pokażemy dzieciom świat pełen krytyki, oczekiwań, braku miłości, troski, ciepła i bycia razem, nie liczmy, że ono nam potem oddać współczuciem, troską, miłością i akceptacją.  
W codziennej gonitwie o to by mieć zapominamy o tym, że najpierw trzeba być. 
Dziecko nie będzie, jako dorosły pamiętać wakacji w drogim kurorcie, 15 prywatnych nauczycieli, zapamięta za to wspólnie spędzony czas na grach, zabawach, wycieczkach. Zapamięta to, że zawsze mieliście czas je wysłuchać, że byliście przy nim w trudnych chwilach i nie wyśmiewaliście ich problemów. Taki człowiek, jako dorosły będzie wiedział, że jesteście dla niego wsparciem, ale ciężko być dla kogoś wsparciem, jeśli się żyje w ciągłym strachu, umartwieniu i braku miłości i akceptacji własnej. Taki człowiek nie da wsparcia, żadne pieniądze tego nie dadzą. 

Uch, ale się rozpisałam, dużo ostatnio pracuje nad sobą, nad polubieniem siebie, niestety nie dostałam tego w posagu z domu rodzinnego, więc zaczynam od podstaw budowanie własnej siły, wiele w życiu przeszłam, wsparcie dostawałam od męża, to on uczył mnie wiary w siebie, to on obudził we mnie potrzebę pokochania samej siebie, teraz uczę się patrzeć w lustro i lubić siebie. Uczę się pozbyć bezsensownego zamartwiania, uczę się panowania nad stresem. Co dnia budzą się myślę o rzeczach, które mam i są dla mnie ważne i doceniam je. 
Często nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele mamy, bo skupiamy się zbyt mocno nad tym, czego nam brak. 
Jako rodzice też swoje życiowe oczekiwania przekładamy na nasze dzieci zamiast realizować się sami. Jak dla mnie nie ma wieku, w którym nie możemy dogonić swoich dziecięcych lub młodzieńczych marzeń. Zawsze można iść na lekcje tańca, gry na instrumencie (ja chodziłam już, jako dorosły człowiek na naukę gry na keyboardzie), chodziłam na naukę tańca, rysuję, robię różne rzeczy, które chciałam robić, jako dziecko, a oczekiwano ode mnie zupełnie czegoś innego, z tego powodu nie każę teraz moim dzieciom realizować moje pragnienia, ja je po prostu nadganiam, by niczego nie żałować, nie pasuje mi by to one miały coś robić za mnie, to ja chce doświadczać i spełniać siebie. 
Na szczęście moja rodzina całkowicie akceptuje moje dziwactwa. 
Mąż też wrócił do swoich dziecięcych/młodzieńczych pragnień i teraz klei model statku od dwóch lat. Duży pomalutku i cierpliwie klei model. Ale czemu ma sobie odmówić lub oczekiwać od syna by zrealizował jego pragnienie? Jeśli syn chciał by to robić wraz z nim to chętnie, ale zmusić go do tego by sam cieszyć się z powstającego modelu, nigdy, to jego przygoda, może do niej zaprosić dzieci, ale nie wymusić by robiły to za niego. 


Przestańmy się umartwiać i zacznijmy żyć, kochać siebie, akceptować i doceniać  co mamy, a nie martwić się o to, czego nie mamy. Po prostu żyjmy w zgodzie ze sobą. 

piątek, 3 listopada 2017

Pierogi leniwe bezglutenowe


Tak jak obiecałam wstawiam przepis na pierogi leniwe bezglutenowe, lubimy czasem zjeść takie danie choć z racji nietolerancji laktozy u starszego syna i córki nie jemy zbyt często, a jeśli to na twarogu bez laktozowy. Czasem zastępuje ser kaszą jaglaną (miele ja na gładka masę po ugotowaniu), ale to nie są leniwe tylko kluski jaglane podane jak leniwe. Tofu też w miejsce twarogu nie używam bo generalnie odeszliśmy od podawania dzieciom soi.  Zatem u nas takie danie jak prawdziwe leniwe jest nawet nie raz w miesiącu, ale bywa. Obecnie z racji cen białego sera to wcale nie takie tanie jest danie, owszem pożywne, ale jednak przy naszej rodzinie 1 kg twarogu plus dodatki to było by danie mięsne, nie będziemy tylko mięsa jadali więc sobie serwujemy i leniwe pierogi. 






Pierogi leniwe bez mąki pszennej (bezglutenowe)

500 g białego sera
300 g gotowanych ziemniaków
1 szklanka mąki ryżowej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 jajka



Ser i ziemniaki mielimy, następnie wszystkie składniki dokładnie zagniatamy. Odcinamy kawałki ciasta i robimy z nich wałeczki (kiełbaski), które przypłaszczamy i tniemy jak kopytka na kluseczki. Gotujemy wodę osoloną i wrzucamy na wrzątek pierogi, gotujemy 3 minuty od wypłynięcia klusek. Wyjmujemy na talerz łyżką cedzakową, polewamy masłem/śmietaną i dokładamy dowolnie cukier/cynamon. 

środa, 25 października 2017

Wyjaśnienie na prośbę czytelniczek



Ostatnio dwie osoby zadały mi pytanie o jadłospis z wykluczeniem pszenicy lub glutenu. Moje jadłospisy od dawna są bez pszenicy, postaram się następne dokładnie opisywać, jakie stosuje zamienniki. Ja wiele przepisów pszennych zamieniam na bez. Dziś na drugie danie będziemy jeść pierogi leniwe, zrobię je na serze białym bez laktozowym, a mąkę pszenną zamienię na ryżowa z dodatkiem ziemniaczanej oraz dodam gotowane ziemniaki. Postaram się wstawić przepis na takie leniwe. Makarony kupuje kukurydziane obecnie dostępne wszędzie w cenie zbliżonej do makaronów pszennych. Czasem robię sama domowy makaron, ale niestety bez pszenne czasem mnie przerastają.




Pytacie o mleko przy alergiach, u nas w domu generalnie tylko młodszy syn dobrze znosi mleko krowie i jego produkty. Najstarszy syn nie do końca toleruje produkty bez laktozy (ma wrodzoną nietolerancję laktozy), córka w okresie dojrzewania nabyła taką nietolerancję, na szczęście w bardzo łagodnej formie, zaś ja z mężem chyba z wiekiem lub ze zmiana, jakości mleka mamy problem z trawieniem go, zatem od czasu do czasu jemy produkty bez laktozy, a po za tym zastępujemy mlekiem roślinnym oraz nabiałem kozim i owczym. Mleko kokosowe najlepiej nam podchodzi smakowo do naleśników, racuchów, ciast, kawy. Lubimy mleko owsiane do dań gdzie nie chcemy posmaku kokosu, ryżowe używamy do mieszanek wyżej wymienionych mlek. Samo mleko ryżowe nie smakuje nam. Wszystkie te mleka robię sama w domu, jakiś czas temu zakupiłam wyciskarkę do soków, dzięki niej wyrób domowego mleka jest czysta przyjemnością, a do tego wyciskamy soki ze wszystkiego, co nadaje się do wyciśnięcia i jedzenia na surowo. W handlu ostatnio pojawiły się w przystępnej cenie wyciskarki, które biją na głowę tradycyjne sokowirówki. Domowe mleko jest zdrowsze i dużo tańsze, więc zakup takiej wyciskarki przy ciągłym używaniu mleka roślinnego w domu szybko się zwróci. Dzięki wyciskarce nie marnują się u nas owoce, jak trafią się mało jadalne wyciskamy je, dokładamy miód i jest super sok. Dzieci lubią sok ze szpinakiem i pomarańczami, w zimie jest dobra cena na pomarańcze, więc w lecie mrożę szpinak z ogrodu, a w zimie kupuję pomarańcze i używam mrożonego, nierozmrożonego szpinaku.  Staramy się by nasz jadłospis był bogaty w witaminy i minerały, to ważne, bo chorowanie dużo kosztuje. Nie stronimy jesienią i zimą od tłuszczy, ale nie pisze tu głównie o roślinnych, prawie wszystko obecnie smażę na smalcu, niestety masło zrobiło się zbyt drogie, więc nawet zupę cebulowa przyrządzam na smalcu. Tłuszcze roślinne jemy tylko na zimno. Mam nadzieję, że rozwiałam klika Waszych wątpliwości, pytajcie chętnie odpowiem na wszystkie pytania. 

sobota, 21 października 2017

Zapachy które nas otaczają?




Często poruszam temat chemii w kosmetykach, ja oddawana nie używam zapachowych kosmetyków, nawet kremy do twarzy wybieram bezzapachowe. Z tego powodu mocno wyostrzył mi się zmysł węchu, nie używam produktów zawierających wzmacniacze smaku i to również wpływa na poprawę powonienia. Dziś stałam na przejściu dla pieszych czułam się zamroczona zapachem ludzi stojących wokół mnie, wiele osób twierdzi, że bez wody toaletowej i pachnącego mydła człowiek cuchnie, nic bardziej mylnego. Zastanówcie się ile mieszacie zapachów i jak to mają znosić Wasze zwierzęta. Płyn/proszek do prania pachnie, płyn do płukania również, mydło, szampon, krem, lakier do włosów/paznokci, kosmetyki kolorowe, dezodorant, woda toaletowa/perfumy to wszystko ma swój zapach, wymieszajcie to razem, a powstaje coś oszałamiającego.  Dla mojego nosa jazda windą pełną ludzi „pachnących” jest naprawdę wyzwaniem, wysiadam oszołomiona, zemdlona. Córka mówi, że koleżanki po treningu spryskują się niemal całe dezodorantem, aż ona dostaje kaszlu, bo w szatni jest ich kilka.  Wiadomo, że gdy używamy wody toaletowej przez pewien czas, ona dla nas co raz mniej pachnie, więc wylewamy jej na siebie więcej, ale pamiętajcie, że ona mniej pachnie dla osoby która jej używa, ale nie dla otoczenia. 

Ja się w tym momencie zastanawiam, czy ktoś przystanie i pomyśli ile wdychamy toksycznych substancji w takich sytuacjach? Czy to na pewno jest zdrowe, dobre? Ja oceniam to z punktu mojego nosa, nie jestem toksykologiem, chemikiem, kosmetyklogiem.  Ot mój nos i wszelkie zmysły mówią mi, że mi się to nie podoba, ja czuję w ustach przez długi czas smak tych zapachów, zazwyczaj jest gorzki, a jak to natura urządziła, jeśli coś jest gorzkie to nie jedz, bo ci zaszkodzi. Zatem czy powinniśmy tyle używać zapachowych substancji? Co o tym sądzicie?



Ja nie używam, do płukania mam ocet, do kąpieli mydło powszechne, do twarzy bezwonny krem/oleje, dezodorant bezwonny prawie, perfum nie używam, bo nie stać mnie na prawdziwe nie na ropie, więc przestałam używać. Krem do rak to maść z witamina A prawie bezwonna itd. Dla mnie to taniej i zdrowiej, bynajmniej w moim odczuciu.

Ja jest u Was?? 

środa, 18 października 2017

Jesienne nasze odżywianie




Jadłospis jesienny

W tym tygodniu dość mocno jesteśmy zagonieni, ale jednak chcemy dobrze jeść, by jesienne słoty nas nie położyły do łóżek. Jesienią i wiosną trzeba szczególnie dbać, o jakość żywności.  Nasz organizm jesienią gromadzi zapasy na zimowe krótsze dni. A dodatkowo jesienią jest jeszcze tak wiele warzyw i owoców naszych rodzimych, w naszym domu jemy zgodnie z klimatem, w którym mieszkamy.



Poniedziałek
Śniadanie I
Jajecznica z domowym pieczywem, masło, herbata
Śniadanie II
Kanapki z pieczonym boczkiem (domowy wyrób), ogórkiem kiszonym, jabłko
Obiad
Zupa ogórkowa z ziemniakami
Placki z dyni, kabaczka i ziemniaków (dynia i kabaczek to ostatnie sztuki prosto z grodu), polane miodem
Kolacja
Sałatka warzywna, pieczywo

Wtorek
Śniadanie I
Podgrzane placki z obiadu poniedziałkowego z powidłami śliwkowymi (domowe), herbata
Śniadanie II
Kanapki z szynką domową, pomidor (jeszcze resztki z naszego ogrodu), gruszka
Obiad
Zupa ogórkowa z ziemniakami
Chili con carne z ryżem (wykorzystałam fasolkę zebraną na ziarno z ogrodu)
Kolacja
Ciasto z dyni, mleko owsiane czekoladowe

Środa
Śniadanie I
Ryż z mlekiem kokosowy (domowym), cynamonem i miodem
Śniadanie II
Kanapki z pasztetem, ogórkiem kiszonym, jabłko
Obiad
Zupa cebulowa krem z kaszą jaglaną
Kotlety mielone, fasolka szparagowa (ostatni zbiór z ogrodu), ziemniaki
Kolacja
Kanapki – jajko, wędlina, pasztet, pomidory, ogórki kiszone (stawiamy wszystko na stole i każdy robi z tym, z czym lubi). Herbata

Czwartek
Śniadanie I
Jajecznica ze szczypiorkiem (mam zamrożony z lata) \, chleb, herbata
Śniadanie II
Obiad
Zupa cebulowa krem z kasza jaglaną
Kasza gryczana, sos grzybowy, surówka z kiszonej kapusty (nasza domowa kapusta kiszona)
Kolacja
Racuchy z jabłkami, herbata

Piątek
Śniadanie I
Owsianka na mleku kokosowym z cynamonem i jabłkami
Śniadanie II
Kanapki z jajkiem i szczypiorkiem, jabłko
Obiad
Zupa z dyni na ostro
Śledź smażony, ziemniaki, sałatka z pomidorów (ostatnie sztuki naszych z ogrodu)
Kolacja
Kanapki z tym, co jest w lodówce, herbata

Sobota
Śniadanie I
Jajecznica na boczku, pieczywo, herbata
Śniadanie II
Ciasto cytrynowe, kawa/kakao
Obiad
Zupa dyniowa na ostro
Gulasz węgierski z ryżem
Kolacja
Ryż zapiekany z jabłkami, herbata

Niedziela
Śniadanie I
Gofry gryczane z miodem
Obiad
Zupa pomidorowa z makaronem
Karczek z grilla, pieczone ziemniaczki, gotowane warzywa – brokuł, fasolka, marchewka
Kolacja



Oczywiście jak w tygodniu zachce nam się coś innego lub nie mamy już ochoty na kolację to nie trzymamy się sztywno jadłospisu, jadłospis tworzymy po to by mieć na cały tydzień produkty w lodówce, nie robić nic na szybko, dzięki temu oszczędzamy czas i pieniądze, można coś przygotować wieczorem np. gulasz. Ja potem wystawiam za okno jeszcze gorący na noc, a rano do lodówki chowam. Pieczywo, ciasta, wędliny, kiszonki są domowej produkcji, większość warzyw z ogrodu, owoce kupujemy niestety. Mięso kupujemy prosto z ubojni, warzywa i owoce jeśli nie z ogrodu to od rolników. Mleka roślinne produkuję sama w domu. Dzięki tym zabiegom, mam zdrowsze i tańsze produkty. 

środa, 11 października 2017

Chleb gryczano - ryżowy bez mąki pszennej



Kolejny fajny chlebek zagościł na naszym stole, jest to wersja bez mąki pszennej, można powiedzieć, że bezglutenowy, ale ja nie używam mąk z certyfikatem, kupuję zwykłe mąki głównie firmy Melvi. Chlebek jak to większość pieczyw jest wegański, więc polecam dla osób stosujących taki styl życia.




Składniki:

  • 1,5 szklanki mąki gryczanej
  • 1 szklanka mąki ryżowej
  • ½ szklanki mąki ziemniaczanej
  • 1 płaska łyżeczka gumy guar
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 20 g drożdży świeżych
  • 2 łyżki oliwy/oleju
  • 2/3 łyżki ziaren (siemię, słonecznik, dynia, sezam) opcjonalnie
  • 2 szklanki letniej wody


Wszystkie suche składniki dokładnie mieszamy, dokładamy drożdże, oliwę i wodę i mieszamy by powstała masa podobna do gęstego budyniu, Przekładamy ciasto do foremki (keksówki) wysmarowanej tłuszczem (ja smaruję smalcem). Odstawiamy na 30 minut do wyrośnięcia w międzyczasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni. Pieczemy chleb przez godzinę, po upieczeniu studzimy na kratce. Przechowujemy chleb w bawełnianej/lnianej ściereczce, nie chowamy do lodówki.  Zupełnie bezproblemowy chlebek, upieczony z mąki wszędzie dostępnej, jest na pewno dużo tańszy od produktów gotowych i na pewno dużo zdrowszy.

My od 3 lat nie jemy pszenicy, nie jemy bezglutenowo, ale przestrzegamy diety bez pszenicy, za wpadki niestety płacimy rewolucją jelitowa. Jadamy żyto, jęczmień, orkisz (tylko maż i córka), ryż, jagłę, grykę, kukurydzę itp. Nie ma w naszym domu nic, co jest pszenne.  Przyznam, że dobrze nam zrobiła ta zmiana, nasz stan zdrowia znacznie się polepszył. 

środa, 4 października 2017

Zapasy na zimę



Jesień u nas w pełnej krasie, ostatnie dary natury lądują w spiżarce. Dziś do zapasów dołączyła włoszczyzna, udało się mimo cały sezon podbierania wykopać i zamrozić jeszcze 7 kg warzyw. Buraki już w słoikach, dynia i cukinia w zamrażarce. Jeszcze czeka kilka zielonych pomidorków by zrobić z nich sałatkę na zimę do słoików. W ogrodzie pozostało tylko zebrać winogrona i fasolę, która pozostała na nasiono, po za tym już wszystkie zbiory trafiły do przetworów. Przyjemnie tak zbierać warzywa/owoce we własnym ogrodzie, a następnie robić z nich zapasy na zimę. Dziś również skończyłam trzydniowe gotowanie bigosu, już z naszej własnej kapusty kiszonej                , mam 8 litrów pachnącego bigosu, mogę jutro wpakować go w słoiki i po pasteryzować. Lubię te wszystkie prace domowe, choć wieczorem bywam zmęczona. Ale lubię również poczucie, że nie zmarnowałam dnia, choć nie ukrywam, że dobrze mi robią dni z książką i błogie lenistwo.  Lenistwo tez jest dobre, byle nie za dużo….

Dzięki przetworom domowym mogę sporo zaoszczędzić, a jeśli nawet różnica jest niewielka, to na pewno wiem, co jem i to jest warte tej pracy. 



Tak naprawdę w 100% nikt z nas nie ma pewności, co zostało włożone do danego dania w zakładzie je produkującym. Często czytamy o wycofywaniu jakieś partii produktów ze sklepu, wychodzi na to, że nie ma nigdzie pewności, że wszystko zostało przygotowane należycie. W domowych przetworach wpadki są wychwytywane natychmiast, bo produkt zwyczajnie się zepsuje. Domowe wyroby nie posiadają konserwantów takich jak w przemyśle spożywczym i nie są maskowane wzmacniaczem smaku.  Robię powidła, dżemy, które dosładzam tyle ile ja potrzebuję i tym, czego używam. Do kiszonek nie dodaję konserwantów, nie podkwaszam octem, są produkowane metodą w pełni tradycyjną. 

poniedziałek, 2 października 2017

Ściana...


Dziś trafiłam na ten teledysk,  tekst niby banalny, ale jak że głęboką treść niesie, 
naprawdę przypadł mi do serca..... 






środa, 27 września 2017

Nasze życie, nasze wybory....



Fragment z książki Olgi Gromyko „Rok szczura – Świeca”
„…No to się pomódl – poradziła Alk poważnie, otrząsając ręce (…...)
Modlitwa jest potrzebna, żeby uwierzyć w siebie. Żeby zapewnić samego siebie, że prawda jest po naszej stronie, więc zwyciężymy.
- A ona na pewno jest po naszej stronie?
- Z naszego punktu widzenia tak.
- No to w takim razie, co to za prawda?! – spytała Ryska z rozczarowaniem – Ona powinna być prawdziwa, ogólna!
- I jak ty to sobie wyobrażasz? – Parsknął białowłosy. – Zając chce żyć, a wilk chce jeść. Ktoś marzy o deszczowym lecie, a kto inny – o gorącym. Wcześniej czy później i tak trzeba dokonać wyboru, na której drodze staniesz. I nazwać ja dobrą….”



Nasze wybory są naszymi wyborami, nie sposób ocenić czy wybory innych są złe czy dobre, dla każdego jego droga, marzenia i cele są inne, najważniejsze by być w zgodzie z sobą samym i nie próbować żyć życiem innych, ale tylko i wyłącznie własnym. Nasze dzieci też dokonują wyborów, są to ich wybory lepsze gorsze, ale ich. My możemy tylko być doradczą, a nie wyrocznią.
Pamiętajcie, że nikt nie przeżyje życia za Was, musicie sami dźwigać swoje, a od Was zależy czy będzie to dobre życie, czy w ogóle przeżyjecie je czy tez będziecie na pozycji widza nie chcąc wziąć za nic odpowiedzialności i próbując szukać winy wszędzie po za sobą.  
Zawsze możemy zmieniać drogę, poglądy i uczyć się, po to jest właśnie życie by, co dnia kłaść się spać mądrzejszym niż wstaliśmy. Jeśli tak się nie dzieje, to oznacza, że zmarnowaliśmy kolejny dzień naszego życia. Niestety wielu ludzi chce się kłaść spać bogatszym w dobra materialne niż rozwijać siebie.


Ostatnio odkryłam, że w wielu miastach jest sporo wykładów, warsztatów są to często bezpłatne spotkania, trafiłam tez na takie gdzie opłata jest symboliczna 5 zł np. Są bezpłatne kursy online, jeśli tylko chcemy się rozwijać nie musimy mieć przepastnych kieszeni wypełnionych do pełna. 

poniedziałek, 18 września 2017

Kolejny jadłospis



Dawno, ale to naprawdę dawno nie wstawiałam naszych jadłospisów.  Trochę się ostatnio nie wyrabiam czasowo, efekty widać tu na blogu, pisze mało i nie zaczęto. Postaram się poprawić, wrzesień zaczyna się układać. Plan zajęć i lekcji też porządkuje, prace ogrodowe pomalutku się zmniejszają. Przetwory też już ostatnie lądują w spiżarce. W tym roku z własnych tylko własnych warzyw zrobiłam przetwory z ogórków, pomidorów, papryki, rabarbaru, cukinii i kabaczków, fasolki szparagowej oraz buraków. W zamrażarce wyląduje również z naszego ogrodu włoszczyzna mrożona, jest tam odrobina dyni, pierwszy raz w ogóle udało mi się coś wyhodować. Ostatnio zakupiłam śliwki węgierki, planuję jeszcze zakup dyni, no i oczywiście kiszenie kapusty, ogórków mam 50 słoików kiszonych, po za tym różne wariacje w marynatach. Musze jeszcze kupić ziemniaki, cebule na zimę. Mięso się pekluje do wędzenia, golonki do pieczenia będą i tak pomalutku przygotowujemy się na zimę. Drewno zakupione, ułożone, brykiety papierowe wyprodukowane.  Niestety w tym roku aronii jest malutko, zebraliśmy ja już, bo zaczęła spadać. Pozostało winogrono do zebrania jeszcze.



Poniedziałek
Zupa pomidorowa z ryżem
Naleśniki ze szpinakiem, czosnkiem i serem białym

Wtorek
Pomidorowa z makaronem
Zapiekanka gyros z ryżem

Środa
Krupnik z ziemniakami 
Ziemniaki, jajko sadzone, buraczki zasmażane

Czwartek
Krupnik z ziemniakami
Karczek zapiekany z warzywami, ziemniaki

Piątek
Ogórkowa z ziemniakami
Zapiekanka z ryżu i rabarbaru

Sobota
Ogórkowa z ziemniakami
Pizza domowa

Niedziela
Zupa owocowa z makaronem

Kurczak grillowany, pieczone ziemniaczki, sałatka z pomidorów, grillowana cukinia. 

Nadal sama wypiekam pieczywo, ciasta i ciasteczka, robimy wędlinę i pasztety.  W tym roku jak już napisałam większość warzyw mamy z własnej uprawy, co nas naprawdę cieszy. 




piątek, 15 września 2017

Zdrowy egoizm





Od dzieciństwa ciągle jesteśmy kształtowani na jakiś niezidentyfikowany sukces. Ciągle oczekuje się czegoś od nas, ocen, odpowiedniej postawy, zachowania, wizji przyszłości itd., Gdy zaczynamy dorastać stawia nam się wymagania, co do sposobu życia, zawodu, majątku, zapatrywań i widzenia świata.  Mamy mieć odpowiedni status majątkowy, mieć nie mniej niż inni, pracować jak to mi rodzina mówiła – jak przyzwoity człowiek, mieć rodzinę, konto w banku, tv, telefon….. Niestety często równanie do wymogów otoczenia wpędza nas w frustrację, kredyty, długi. Chcąc być tym nałożonym nam społecznie ideałem często gubimy siebie, zatracamy się w tym wyścigu więcej, lepiej, szybciej, że zapominamy o tym, jakie mieliśmy marzenia. Dzieciom mówimy wybierz zawód byś dobrze zarabiał, a czemu nie mówimy – wybierz taki zawód byś mógł być szczęśliwy i się spełniał. Przecież czuć się spełnionym, szczęśliwym to bardzo ważne w życiu. Czemu społeczeństwo postrzega ludzi uboższych, jako nieszczęśliwych, przecież nawet jest przysłowie – pieniądze szczęścia nie dają.  Dlaczego widząc młodego człowieka, który zatrudnia się dorywczo i podróżuje po świecie postrzega się, jako nieudacznika, bo nie ma mieszkania, samochodu, emerytury itd.? A czym my będziemy mieli godną emeryturę, czy stać nas będzie potem na te mieszkania, samochody, abonamenty tv, telefony?  Czy nie będzie potem żal spojrzeń wstecz i pomyśleć, całe życie pracowałam, ciągle w pracy, nie miałem czasu żyć, a teraz nie mam już siły żyć?  Nakręcamy się na stały sukces, kobiety pozostające z dziećmi w domu traktuje społeczeństwo, jako mniej inteligentne, pod butem męża, niezaradne, odmóżdżone kury domowe. Odwrotnie tez nie jest dobrze, facet jak zostaje w domu z dziećmi, bo zona więcej zarabia lub nie czuje się w tym dobrze, uważa się za pantoflarza, ciapę, łamagę, idiotę.  Niestety mało w społeczeństwie tolerancji, akceptacji osób i ich wyborów odbiegających od ogółu. Czyli musimy wszyscy biegać w tym kółku jak chomiki i nie zastanawiać się, czego tak naprawdę pragniemy? Nie wolno nam podążać za swoimi pragnieniami, bo zostaniemy wykluczeni społecznie?  To smutne, bo w takim myśleniu nawet nie ma miejsca na wiarę, na modlitwę, medytację. Musimy ciągle tylko walczyć o to by mieć, by być kimś, by bywać w odpowiednich miejscach. A co z marzeniami, co z ocaleniem samych siebie?
Ciągle jesteśmy bombardowani dawką lęku – może będzie wojna, huragan, powódź, podwyżka cen, uchodźcy. Ciągle się o coś boimy, nie umiemy się wyzwolić z leku o jutro. Mam wrażenie, że  to właśnie lęk nas pożera i niszczy. Boimy się o nasz poziom życia, majątek, pracę, rodzinę, zdrowie, a nie myślimy, że to właśnie ten lek niszczy zdrowie. Dziś mój syn wyjechał na zawody, zapomniał telefonu i w pierwszej chwili przerażeni, jak to nie będę miała z nim kontaktu, a jak coś się stanie, a jak będzie potrzebował czegoś i nagle stuknęłam się w głowę, głupia kobieto, jeździłaś na kolonie, obozy, biwaki i rajdy bez telefonu, ba nawet w domu go nie było, nie umarłaś od tego. Jeśli coś się stanie to nie jedzie sam, jedzie dwóch opiekunów, więc na pewno cię powiadomią, a o której go odebrać, niech poprosi o zadzwonienie do nas opiekuna grupy, zna numer telefonu. Ale to myślenie przyszło po chwili, najpierw był lek dwa dni bez kontaktu z nim, przerażające.




Mam 45 lat, kilka lat temu postanowiłam odnaleźć siebie, przestałam zastanawiać się nad tym czy tak wypada, co powiedzą inni, zerwałam toksyczne związki rodzinne i ze znajomymi. Zaczęłam mówić głośno, co czuję, czego pragnę, niestety lata życia według nakazów, zakazów i wyborów dokonywanych w przymusie ciężko tak zupełnie się wyzwolić.  Pewnie mi zajmie to kolejne kilka lat.  Kocham moje dzieci, kocham mojego męża, ale muszę też kochać siebie by oni byli ze mną szczęśliwi. Chce podążać za swoimi marzeniami, nie mogę żyć w ciągłym lęku, muszę zaufać sobie. Nieszczęśliwa matka i zona nie jest dobrą matką i zoną, nie chcę obciążać tym też moich dzieci, chce im pokazać, że musimy siebie kochać i akceptować. Nie najważniejsze jest posiadanie i budzenie się z coraz większym majątkiem, ale wzbogacanie siebie jest ważne, gromadzenie dobrych wspomnień, rozwój wewnętrzny, nasze ciało jest świątynią naszego ducha, bądźmy dobrzy dla samych siebie. Nie możemy żyć tylko na pokaż lub by zadowolić innych, spełnić ich oczekiwania.  Trzeba być odrobinę egoistą. Zauważyłam, że im bardziej kocham siebie, tym bardziej jestem otwarta na innych, czuję, że więcej mogę dać innym, nie trapi mnie ciągłe poczucie winy czy sprostałam wymaganiom, czy inni są ze mnie zadowoleni, chce mi się częściej uśmiechać do ludzi. Wiem, że nie będę ideałem, nie uda mi się zadowolić wszystkich. Jak to Fredro napisał „Niech się dzieje wola nieba z nią się zawsze zgadzać trzeba” Nie chce być Don Kichotem i walczyć z wiatrakami, nie wybieram sobie nierealnych celów, chce po prostu być sobą. 

P.S Syn wrócił cały i zdrowy nie mając przy sobie telefonu, poprosił kolegę by mógł dać nam znać o której mamy go odebrać. Cały dzień był na zawodach, może telefon by go odrobinę rozpraszał, może 2 dni bez elektroniki w ręku dobrze mu zrobiły.  Sam pakował się na wyjazd (ma 15 lat), nie zabrał mydła (pożyczył od kolegi) i ręcznika (użył ręcznika do wycierania rąk na zawodach). Czyli ogólnie dobrze sobie poradziła mimo kilku wpadek. Ma alergię na pszenicę, na obiad podano mięso w sosie, zapytał czy jest możliwość usmażenia mu jajka, oczywiście nie było z tym problemu, nie był głodny. 

To chyba my rodzice widzimy nasze dzieci jako bardziej bezradne i bezbronne istoty, oni sobie całkiem nieźle potrafią poradzić, trzeba im tylko na to pozwolić i przestać się obsesyjnie o nich martwić. 

środa, 13 września 2017

Szybka pasta z wędzonej ryby



Ostatnio mogę mniej czasu poświęcić na prace kuchenne, więc wybieram dania mniej pracochłonne, np. nie mam czasu na dokładne wybranie każdej ości z wędzonej ryby, gdy chce zrobić pastę rybną.  Znalazłam i na to sposób, rodzina lubi pastę rybną, jest zdrowa, ryby trzeba jeść, dodatkowe urozmaicenie do kanapek, zatem poszukałam rozwiązania i tego problemu.
Obieram rybę tylko z tych większych ości, a następnie mielę wraz z cebulą i gotowanymi jajkami. Jest to wersja bardzo szybkiej w wykonaniu pasy, domownikom smakuje, na pewno nikt nie zadławi się ością, zatem same zalety.





Składniki:
  • 1 makrela wędzona lub dwa płaty wędzonych śledzi
  • 6 jajek ugotowanych na twardo
  • 1 cebula (średnia)
  • 1 łyżka majonezu lub keczupu
  • 1 łyżka oliwy lub oleju
  • pieprz, sól do smaku



Obieram makrelę ze skóry i grubszych ości, śledzia tylko ze skóry. Następnie mielę maszynka do mięsa ugotowane i obrane jajka, obraną cebulę oraz wędzoną rybę. Dokładam oliwę, majonez mieszam całość i przyprawiam do smaku.  Pasta z keczupem jest bardziej ostra w smaku. Taką wersję ryby zjada nawet najstarszy nasz syn, który nie przepada za wędzoną rybą. Ja kupuję zawsze kilka tuszek makreli i zamrażam, by mieć pod ręką zawsze.