środa, 23 sierpnia 2017

Podział finansów domowych



Ostatnio wielokrotnie spotykam się z opowieściami kobiet o ich budżecie domowym. Na początku napiszę jak wyglądają podziały finansów u nas w domu.  Zakładając z mężem rodzinę ustaliliśmy jak mają wyglądać podziały budżetu u nas w domu. Doszliśmy do wniosku, że wszystko, co zarobimy wkładamy do jednej „kiszeni” i dzielimy to na wydatki stałe, dzielimy na tygodniowe wydatki żywnościowo–chemiczno-lekarskie, (czyli wszystko, co jest potrzebne do zwyczajnej egzystencji). Potem załatwiamy sprawy typu nowe obuwie, ubranie, naprawy domowe, a jak zostaje odkładamy, każdy z nas nosi jakąś kwotę w portfelu, razem ustalamy wszystkie wydatki, urlopy, rozrywki. Jeśli dostajemy w prezencie pieniądze, to oczywiście pierwszeństwo do ich wydania ma obdarowany, ale jak był czas zupełnego braku pieniędzy, każdy z nas odkładał własne chętki do szuflady na potem, a pieniądze szły do wspólnego budżetu. Tylko pieniądze dzieci były nietykalne, odkładane i nie wchodziły w masę budżetu domowego.  Tak to u nas funkcjonuje z powodzeniem od 26 lat. Ja nigdy nie kupowałam ubrań, butów, kosmetyków po za plecami męża, po cichu, chowając i udając, że mam to od zawsze, podobnie on nie robił tego w przypadku narzędzi, alkoholu czy gadżetów do samochodu. Zawsze w temacie finansów była i jest między nami pełna jawność, jeśli mamy na coś chęć, a finanse kuleją to omawiamy sprawę wspólnie. Prowadzimy pełen jawny budżet domowy w Excelu. Zapisujemy wszystkie wydatki, liczmy pieniądze w banku i portfelu, mamy jedno wspólne konto bankowe i obydwoje mamy do niego pełen dostęp, więc i tu jest pełna jawność. Uważamy, że związek dwojga ludzi, którzy postanowili być razem, tworzyć rodzinę, mieszkać razem staje się jak by małym przedsiębiorstwem, rodzinną firmą, gdzie nie ma miejsca na zatajanie dochodów, wydawanie w tajemnicy itd. Bilans musi się zgadzać. Na początku naszego małżeństwa to ja utrzymywałam nas dwoje, to ja miałam dochody, mąż czasem łapała jakąś drobna fuchę. Po kilku latach nasze role zupełnie się zmieniły, to mąż zdobył dobrze płatna pracę, miał możliwość dorobić, dużo więcej niż ja, zatem ja zajęłam się opieką nad dziećmi, prowadzeniem domu i ewentualnie łapałam jakieś małe drobne prace, dzięki którym dorzucałam się do rodzinnego budżetu.  Dziś wspólnie wrzucamy pieniądze do naszej kieszeni, wspólnie z niej finansujemy nasze potrzeby, wydatki stałe, hobby, itd. Nie ma u nas od zawsze moje – twoje pieniądze, są nasze wspólne. Ufamy sobie bezgranicznie, jesteśmy małżeństwem od 26 lat, znamy się od 28, mamy za sobą bardzo trudne chwile, zapaści finansowe, były i czas hossy, mogliśmy niemal szastać pieniędzmi.  Wszystkie lata przeżyte razem nauczyły nas, że życie ponad stan nas nie interesuje, chcemy niezależności finansowej, spokoju i wolności, mamy gdzieś fakt, co kto ma więcej od nas, a co tam, my mamy siebie, mamy swoje zaufanie i miłość, wsparcie i bezpieczeństwo.






Od czasu, gdy prowadzę bloga, rozmawiam dużo z innymi ludźmi o tym jak prowadzą swój budżet, jak radzą sobie z finansami domowymi i tu moje wyobrażenia (pewnie oceniałam innych według własnej normy) zupełnie legły, nie spodziewałam się, że pary maja tak odmienne podejście do budżetu domowego i do pieniędzy, które zarabiają. Spotkałam parę, która dzieli opłaty stałe na pół, zakupy robią przemiennie, raz jedno na tydzień, raz drugie, koszty wychowania dzieci dzielą na pół, wakacje każdy płaci za siebie a dzieci na pół, resztę wydają jak maja ochotę.  Inna para ustaliła, kto płaci czynsz, kto opłaty za gaz i prąd, na zakupy do lodówki zrzucają się po połowie, reszta pieniędzy każdego z osobna jest, raz jedno kupuje coś dzieciom raz drugie.  Inny przykład mąż po ślubie i narodzinach dziecka zażądałby żona została w domu, on jej daje raz na tydzień pieniądze a ona ma za to wyżywić rodzinę, zrobić opłaty, ubrać itd. Reszta pieniędzy jest jego, ma swoje hobby – podróżuje, sam, bo jak mówi musi odreagować. Żona nie dostaje nic na swoje potrzeby, chyba, że dobrze rozporządza finansami i coś odłoży.  Kolejna para, co miesiąc na wspólne konto przelewa identyczną kwotę i z niej utrzymują dom, resztę każdy może wydać jak chce.  Są też pary gdzie jedno z małżonków zabiera wszystko i daje drobne kieszonkowe drugiemu, a samo resztą gospodaruje. To chyba wszystkie opcje, z jakimi się spotkałam, ciekawi mnie jak jest u was, czy macie inne jeszcze pomysły na wspólny lub rozdzielny budżet? Podzielcie się zemną i innymi czytelnikami, domyślam się, że większość chętnie dowie się jak to inni sobie radzą. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Być młodą.....




Jak większość kobiet ja również chce jak najdłużej zachować zdrowie, i młody wygląd. Co prawda czas płynie i co raz trudniej wygrywa się ta walkę, ale czemu mam się od razu poddać.  Nie wybieram zabiegów chirurgicznych, zabiegów na granicy chirurgii, silnych zabiegów w gabinecie kosmetycznym, wybrałam drogę naszych prababek i staram się dzięki ich mądrości zwalniać upływ czasu. W końcu jak świat światem zawsze była w nas kobietach odrobina próżności, co prawda zastanawiam się, czy obecnie panowie nie nadrabiają swojego czasu i też chcą zachować za wszelką cenę swój młody wygląd, ale jak wszędzie również wśród kobiet są wyjątki większe, mniejsze od reguły.



Jak już dawno temu pisałam nie używam, na co dzień mydła do mycia, zrezygnowałam również ze środków do higieny intymnej. Mydło stosuję raz w tygodniu i to tylko mydło bezzapachowe o bardzo łagodnym składzie, do higieny intymnej używam naparu z rumianku naprzemiennie z naparem z nagietka lekarskiego.  Ostatnio dla poprawy jędrności mojej skóry wprowadziłam szczotkowanie, co drugi dzień przy kąpieli. Pierwsze szczotkowania były dość niemiłym doświadczeniem, skóra musi przywyknąć. Pamiętam o tym by wszystkie części ciała szczotkować w kierunku serca. Po miesiącu używania szczotki do ciała moja skóra stała się delikatna, lepiej ukrwiona, cellulit na udach się zmniejszył. Skóra ma zdrowy wygląd i kolor. Nie sądziłam, że takie będą efekty, gęsia skórka w okolicy pośladków zniknęła. Po szczotkowaniu wcieram w skórę olej lniany lub oliwę z oliwek. Codziennie staram się rano gimnastykować (skłony, wymachy rąk, przysiady, damskie pompki, skręty tułowia, krążenie szyją) oraz wieczorem leząc już w łóżku robię rowerki, nożyce, krążenie stopami, rozciąganie miednicy. Co wieczór stosuję również gimnastykę twarzy, postaram się ją opisać w osobnym poście. Do pielęgnacji twarzy ostatnio skusiłam się na kremy z Lidla, przyznam, że jestem zaskoczona ich, jakością, nie uczulają mnie, skóra jest ładnie odżywiona.  Nakładam raz w tygodniu na twarz maseczkę z żółtka i oliwy, to, co zostanie z twarzy nakładam na dłonie, co drugi dzień robię peeling owsiano-nagietkowy twarzy, twarz zmywam obecnie w lecie naparem z rumianku lub lipy, nie stosuję makijażu po za tuszowaniem rzęs i błyszczykiem na usta. W lecie używam dezodorantu Isana bez aluminium.  To chyba ogólnie wszystkie moje zabiegi domowe. Nie używam drogich i inwazyjnych kosmetyków, nie chce walczyć z czasem za wszelką cenę, każdy z nas się zestarzeje taka kolej rzeczy, jeśli mogę w naturalny sposób opóźnić ten fakt, to jestem, za, ale jeśli mam sięgnąć po zabiegi inwazyjne jestem na nie. Ostatnio ktoś zapytał mnie, czemu nie podniosę sobie powiek? Bo musiała bym iść do chirurga a to już wykracza po za zakres mojej tolerancji. Zabiegi chirurgiczne zostawiam na okoliczność ewentualnego mojego leczenia, a nie pogoni za młodością.

Wiadomo, że takie naturalne zabiegi wymagają czasu by dostrzec efekty, ale czemu nie poczekać cierpliwie…..? 

Zapomniałam dodać czym myje włosy, obecnie myje włosy szamponem Babci Agafii, Szampon odżywczy na bazie korzenia z mydlnicy lekarskiej, szampon jest niedrogi, nie podrażnia mi skóry głowy, używam go przemiennie z Alterra, Biotin & Koffein jako odżywki używam przed myciem oliwy lub oleju z pestek dyni.  
Na pytanie o farbowanie włosów odpowiem - tak farbuję włosy bo mam dużo siwych włosów. Używam naturalnej henny co 3-4 tygodnie. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Babeczki kukurydziane bez mąki pszennej - bezglutenowe




Babeczki kukurydziane to u nas ostatnio hit.
Nie są drogie, łatwe w wykonaniu, zawsze wychodzą.



Te są z czarną porzeczką

Składniki:
1 szklanka maki kukurydzianej
½ szklanki mąki ryżowej
1 szklanka mleka (mleko dowolne krowie lub roślinne)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
4 łyżki wiórków kokosowych
¼ kostki masła lub ½ szklanki oleju
½ szklanki cukru
1 jajko
Owoce lub rodzynki/żurawina (smaczne są z ½ banana i 2 garście rodzynek)


Wszystkie sypkie składniki mieszamy łyżką, dodajemy mleko rozpuszczone masło lub olej, jajko i mieszamy dokładnie całość. Dodajemy owoce, ja dodawałam już banany, porzeczki czarne, rodzynki, rabarbar. Zależy, co mam w danej chwili pod ręką. Przekładam do foremek i piekę przez 20 minut w 190 stopniach. Nie potrzeba miksera, wystarczy łyżka, miska i foremki do muffinek/babeczek. 

środa, 2 sierpnia 2017

Podsuwania....



Dziękuję za przypomnienie mi o zestawieniach, fakt dawno ich nie robiłam, w sumie uznałam, że to mało interesujący dla Was temat, takie trochę się moje przechwalanie.
W tym roku bardzo mocno wzrosły nam wydatki na żywność, bo jak by na to nie patrzeć muszę wyżywić 3 mężczyzn w tym dwóch w wieku 15 i 20 lat. Po za tym mam w domu dojrzewająca nastolatkę i mnie, oraz psicę. Obecnie ½ kg mięsa na obiad to takie sobie jedzenie dla nich, zwłaszcza, że córka i młodszy syn uprawiają intensywnie sport i tego białka przydałoby się więcej, staram się uzupełniać białko dzięki jajkom, ale u córki znowu odpada nabiał, ale chętnie je fasole, więc jakoś usiłuję zbilansować jadłospis moje młodzieży. Do tego wszystkiego jak wszyscy wiecie doszły mocno podwyżki cen żywności, to również prowadzi do wzrostu kosztów wyżywienia. Nadal kupujemy mięso prosto z ubojni, ale i tam ceny wzrosły niestety. Powiększyliśmy w zeszłym roku znacznie ogródek, dzięki temu w tym roku niewiele warzyw kupuję, np. nie kupuje już zupełnie fasoli szparagowej, pomidorów, ogórków, bobu, kalarepy, włoszczyzny, cukinii, kabaczków, papryki. Kupuje głównie ziemniaki (w tym roku nie posadziłam), cebulę jak potrzebuję duże ilości, bo w ogrodzie posadziłam około 50 cebul, a my jemy jej dużo, czosnek kupuje, ale mam nadzieję, że to już ostatni rok. Z owoców kupuję niestety większość, w tym roku tylko truskawki, czerwone porzeczki nam obrodziły, będzie trochę aronii jeszcze i nic po za tym, więc owoce muszę kupować, ale staram się i tu szukać oszczędności, pytam właścicieli drzew, krzaków czy mogą mi odsprzedać owoce, często okazuje się, że robią to bardzo chętnie wręcz są wdzięczni, czasem nawet oddają w zamian za samodzielne ich zerwanie. Jak jedziemy na wycieczki rowerowe wypatrujemy takich pojedynczych drzewek, bo jak widzę duży sad to wiem, że to zupełnie inny temat, ale i tam warto pytać, bo pomijamy pośredników kupując z pierwszej ręki jest taniej. Nadal robię przetwory na zimę, mam sporo zamrożonego rabarbaru z tego roku, w słoikach na razie truskawki i czarną porzeczkę oraz ogórki kiszone (40 słoików z własnej uprawy) i przeciery z zeszłorocznych ogórków kiszonych. Nadal gotuję na zapas i pasteryzuje potrawy, wypiekam swoje chleby, ciasta, ciasteczka. Nie zmieniło się nic w temacie wędlin i pasztetów, robimy własne i wychodzą nam coraz lepsze. Robię również własne napoje roślinne owsiane, kokosowe, ryżowe, sojowe teraz zbieram się do migdałowego, ale ciągle uważałam migdały za zbyt drogie. Chce spróbować roślinnych jogurtów, to wszystko na pojawieniu się u córki nietolerancji laktozy. Dzięki tym wszystkim zabiegom jemy zdrowo i dużo taniej niż kupując gotowe produkty. Na wyjazdy urlopowe również zabieramy własne domowe wyżywienie, nie muszę stać przy kuchni, bo zabieram gotowe pasteryzowane dania i tylko dogotowuję dodatki – ziemniaki, ryż, kasze, makaron oraz robię jakąś surówkę. Na śniadania zabieramy pasztet i mielonkę pasteryzowaną w słoikach, dokupuję tylko warzywa i gotuję jajka, na kolację robię coś na ciepło, np. kaszanka z cebulą, naleśniki, tosty, zapiekanki itp.



Ale wracając do podliczeń to w tym roku tylko na żywność dla pięcioosobowej rodziny w tym maż, dwóch synów 15 i 20 lat, oraz córki 13 lat oraz mnie i suczki mini. Dodam, że córka i młodszy syn uprawiają intensywnie sport, zatem koszt miesięczny wychodzi średnio 1000 zł. W zeszłym było odrobinę niżej, a w latach poprzednich wahał się do 750 – 800 zł.



Tak to teraz u nas wygląda, staramy się żyć nadal nierozrzutnie, ale nie dzieci muszą zjeść przyzwoicie, syn i córka maja dość wyczerpujące treningi, więc muszą mieć odpowiednia dietę. Najstarszy syn ma problemy z wchłanianiem, co powoduje u niego fakt, że musi jeść posiłki, co około 2 godziny, jak nie zje to ma silny spadek glukozy i pojawia się bardzo złe samopoczucie, agresja. A to niesie koszty, bo chłopak ponad 180 cm wzrostu musi dostać porcję odpowiednią, nie wydzielam mu zbytnio, bo waży tylko 58 kg, więc musi jeść by pokryć problemy wchłaniania. I tak to właśnie sobie zjadamy codziennie. Ja osobiście jestem zadowolona, że udaje mi się wyżywić odpowiednio rodzinę mimo ich dużych potrzeb za taką kwotę. Wszyscy ostatnio mieli robione badani krwi (córka i syn z powodu uprawianych sportów, najstarszy syn ze względu na problemy zdrowotne, a my tak na wszelki wypadek) i tylko u młodszego syna wyszła norma na pograniczu anemii, ale on tak ma od urodzenia, już, jako niemowlak miał podawane żelazo. Zatem wygląda, że żywię odpowiednio swoja rodzinę. Ba teściowa po tygodniowym pobycie u mnie stwierdziła, że jej ciśnienie spadło i mogła zmniejszyć dawki insuliny przy obniżonym poziomie cukru. Jak dla mnie to dowód na to, że dobra drogą idziemy w kwestii żywienia. Nie jemy od dawna pszenicy ani produktów ja zawierających, nabiał je w sumie tylko młodszy syn, nie jemy białego cukru. Używamy tylko masła, smalcu, a oleje tylko na zimno (bez oleju rzepakowego oraz z pestek winogron). Jemy dużo jajek, kasz, ryżu, warzyw. Cały rok jemy własne kiszonki – ogórki, kapustę, buraki. Ja przy wzroście 163cm ważę 54 kg (45 lat), mąż przy wzroście 183 cm waży 79 kg (49 lat). Nie przyjmujemy żadnych leków na stałe, przejdziemy 30 km bez problemu, przejdziemy na rowerze 45 km. Myślę, że nie jest źle. Pracę mamy głównie siedząca, umysłową. Nie mamy problemów z nadciśnieniem, cukrzycą, nadwagą itp. Jakoś sobie radzimy, mamy za sobą wiele lat nauki pokory, wiele trudnych lat, ale dajmy radę! 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Siła jest w Tobie, musisz ją znaleźć!!



W życiu wielu z nas przychodzi taki dzień, że zostajemy z pustą kieszenią, niespełnionymi marzeniami i ogromnymi pretensjami do świata. Niestety często to wszystko dzieje się trochę na nasze życzenie, trochę z braku niefrasobliwości, gonienia za cudzymi marzeniami, brakiem równowagi wewnętrznej itd. My również w długi wpadliśmy na własne życzenie, poszliśmy na całość, trochę pomógł nam los i rodzina, ale to my byliśmy głównym motorem naszej trudnej sytuacji. Ale by podołać trudom i to nie ważne czy finansowym, czy zdrowotnym, życiowym trzeba znaleźć własna wewnętrzna równowagę, spokój i pogodzenie się ze stanem rzeczy, następnie musimy sobie jasno wyznaczyć cel, to, co chcemy osiągnąć, nie skupiamy się na samym celu, ale na działaniach by do niego dotrzeć. Czyli nie myślimy tylko chce wyjść z długów, ale nad tym jak chce z nich wyjść. Trzeba uzmysłowić sobie, że jutro jest tylko w naszych rękach i na gwiazdkę z nieba nie mamy, co liczyć, lub na ogromny spadek po krewnym. Czekanie na cud nas spowalnia, to my możemy dokonać cudu, a nie czekać na niego, siła jest w nas. Pierwszy ważny krok w drodze do spełniania naszego celu jest uzmysłowienie sobie faktu, że nikt po za nami nie weźmie na barki naszych problemów, możemy mieć tylko partnera w niedoli, ale nie oddamy wszystkiego komuś. Następnie trzeba dokładnie obejrzeć nasz problem z każdej strony, jeśli są to długi to musimy je sobie wszystkie spisać nie omijając żadnych, nawet tych na kwotę 50 zł to też dług. Następnie musimy zastanowić się, jakie mamy możliwości finansowe, ile musimy, co miesiąc wydać, podkreślam musimy, a nie chcemy. Potem przeliczamy różnice pomiędzy tym, co zarobimy, a tym, co wydamy, jeśli coś zostanie zaczynamy za ta kwotę spłacać długi, jeśli nic nie zostanie musimy szukać oszczędności, dodatkowego dochodu. Nieraz słyszę – a po co mi pozbywać się długów, umrę i po temacie, no cóż, ja nie chce zostawić swoich dzieci z problemem moich długów, jestem z mężem dorosła i bierzemy pełną odpowiedzialność za nasze czyny.
Pamiętajcie, że podstawą radzenia sobie z „zakrętem życiowym” jest pogodzenie się z samym sobą, wygaszenie pretensji do całego świata, złości, agresji, żalu. Taka postawa nie tylko utrudnia radzenie sobie z problemem, ale niszczy nasze zdrowie, nasz umysł to potężne narzędzie. Pomyślcie, że medycyna stosuje w badaniach placebo, czyli również stawia na siłę naszej sugestii. Zatem jeśli będziemy przepełnieni złymi emocjami, wciąż szukali winnych, byli ustawieni do otoczenia roszczeniowo, to będziemy nie tylko niszczyć relacje z innymi, ale przede wszystkim niszczyć siebie od wewnątrz. Warto zbliżyć się do ludzi, na których nam zależy, których kochamy, zrobić rachunek życia, może poszukać niespełnionego marzenia, które w sumie jest w zasięgu ręki, ale odkładaliśmy je, bo nie było czasu, to cudownie nasz leczy. Niektórzy zaczynają biegać, nie wymaga to pieniędzy, a daje czas oderwania się, wyciszenia, poczucia kontroli.
Człowiek to niesamowita istota, możemy wiele zniszczyć, ale również wiele dobra siać. Warto usunąć ze swojego otoczenia osoby, przedmioty, czynności, które nas trują w przeróżny sposób. Musimy nauczyć się mówić o naszych problemach, oczekiwaniach, emocjach.  Nie duśmy wszystkiego w sobie, na pewno każdy z Was ma w swym otoczeniu osobę, której to może powiedzieć wszystko. Mówmy o tym, co nas boli, mówmy o tym, co nas raduje. Nie kryjcie się za maską – maski bywają różne, znam super kobitę, która wypełnia swoja osoba całą przestrzeń, pozornie wydaje się pustą, bezczelną osobą, ale to tylko maska, pod maską to ktoś, kto dużo wie, czyta, jest wrażliwa, ma dużo problemów i to wszystko chowa. Ale jak długo można wszystko chować, czy nie zaciera się już granica pomiędzy maską a jej prawdziwą naturą, może czas rozwiązać problemy, zmierzyć się z nimi, poszukać równowagi?



Nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, pisze tylko z własnych doświadczeń. Ja chowałam się za maską bycia nikim, może jak mnie nie widać to problemów nie ma. Ale one były, dotarło do mnie, że czas mija, a moje problemy z dzieciństwa, wieku nastoletniego wpływają na moje dorosłe życie, ograniczają mnie, nie pozwalają mi być sobą. Potem do tego dołączyły się problemy ze zdrowiem dzieci, finansowe, brak wsparcia rodziców, teściów, rodzeństwa.  Dotarło do mnie, że obwinianie ich wszystkich to tylko wymówka, to ja musze się rozliczyć z moimi problemami, z moja przeszłością. Nie napisze, Wam, że dałam radę, że już jest super, to nie takie proste, demony z szafy, co jakiś czas mi wypadają i dusza przerażeniem. Takie demony ma chyba każdy z nas. Ważne by znaleźć siłę w sobie i otworzyć tą szafę, mnie za rękę trzyma mąż, a ja jego, więc jest łatwiej nam z nimi się mierzyć. Tylko musimy się przyznać do tego, że je mamy. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak takie zaschnięte problemy mają wpływ na nasze dorosłe życie, na prace, związki, zjednywanie sobie ludzi, samoocenę itd. Warto podjąć ten trud i rozliczyć się z przeszłością, by trzasnąć potem drzwiami i zostawić tylko te wspomnienia, które dają nam siłę. Wczoraj to wczoraj, a jutro jest nieodgadnione i pełne nadziei i na jutro mamy wpływ na wczoraj już nie, więc, po co się zadręczać…..

Trochę tak filozoficznie pisze, ale tak jak już wspominałam, miałam okazję zwolnić, nabrać dystansu i dostrzec, że wokół mnie jest tak wielu wspaniałych ludzi, którzy są ze mną zupełnie bezinteresownie, którzy chcą dać cos od siebie mimo, że ja nie daje im nic….. 

piątek, 28 lipca 2017

Życie....



Za mną kilka dni urlopu. Wyjechaliśmy do rodziny na Podlasie, miłe są te spotkania po latach, wymiana doświadczeń, przepisów kulinarnych, pogaduchy o dzieciach wspaniały czas.
Trochę zaniedbałam pisanie na blogu, ale każdemu jest potrzebna przerwa i odrobina dystansu.
Dotarło do mnie, że każdy z Was czyta i interpretuje we właściwy dla niego sposób, ja mogę napisać o kurce a ktoś zinterpretuje, że ja marzę o zjedzeniu jej i mam krwiożercze myśli. Jesteśmy różni, każdy widzi to, co chce widzieć, a nie to, co ja widzę i chce przekazać.  Nabrałam całkiem rozsądnego dystansu, wiem, że następnym razem komentarze osób atakujących mnie lepiej zostawić Wam pod dyskusje niż samemu się z tym bić, bo ja widzę to po swojemu, nie jestem obiektywna.



Wiele osób pisze do mnie bardzo ciepłe słowa np.:

 „Dobry wieczór:)
Pani blog jest jedynym znanym mi blogiem, który warto czytać. Proszę mi wierzyć, trochę tych blogów podczytywałam/podczytuję. Bez nachalnych reklam, skromny, prosty (to zaleta!), przebogaty w naprawdę potrzebne informacje...Usiadłam przy komputerze z myślą zaplanowania jadłospisu dla rodzinki na przyszły tydzień... i od razu pomyślałam o tym miejscu:). Dlatego piszę, z nadzieją, że doda to Pani, chociaż odrobinkę więcej chęci do pisania (domyślam się, że brakuje czasem chęci lub/i czasu). Chciałabym by i moje dzieci udało się nam wychować w oparciu o najważniejsze wartości, w miłości przede wszystkim. Bardzo dziękuję za bloga. Pozdrawiam”
„Uff, przeczytałam twój blog od deski do deski. Sporo mi to zajęło, ale to jeden z najbardziej wartościowych blogów, jakie znalazłam w sieci. Kopalnia pomysłów na oszczędne życie. My spłacamy dwa kredyty, których chcielibyśmy się pozbyć jak najszybciej. Nie jest źle, stać nas nawet na wakacyjne wyjazdy, ale kredyty nam ciążą. Podobnie jak Wy, mam troje dzieci. Syn ma 21 lat i studiuje informatykę, starsza córka właśnie zdaje maturę, młodsza jest w drugiej klasie szkoły podstawowej. Pewnie jesteśmy w podobnym wieku.  Jeśli masz ochotę, napisz do mnie, też mam parę sposobów, na tanie życie.  Pozdrawiam ciepło całą rodzinkę”
„Cześć!
No muszę się odezwać. Ostatni wpis mnie zmotywował. Jesteś/jesteście niesamowici!!!Właśnie na tym polega życie, aby w trudnych chwilach skupiać się na rozwiązywaniu problemów i jednoczeniu rodziny. Naprawdę jest Was, za co podziwiać. Cóż mogę powiedzieć. Czytam Twojego bloga od kilku dni, jak znajduje chwile. Wielka inspiracja i wiele odpowiedzi na moje pytania zadawane samej sobie. Pisze, aby podziękować za bloga i chęć dzielenia się.”


Takich ciepłych słów jest więcej, dzięki takim słowom otuchy piszę dalej. To one mnie motywują. Przepraszam, że pozwoliłam sobie na publikację Waszych listów do mnie, ale jest ich, co raz więcej i chce się nimi podzielić z innymi.

Niektórzy zarzucają mi, że pozostawiam bez komentarza ich wiadomości, te cierpkie i pełne goryczy oraz pretensji do mnie. Zastanawiam się czasem czy reagować w jakiś sposób, często nie robiłam nic, ale dziś już wiem, będę je publikować i tu na blogu i na FB (pominę oczywiście wulgarne teksty, bo i takie się zdarzają). Jeśli ktoś ma jakiś problem z tym, co napisałam lub napisze, niech nie kryje się za fałszywą tożsamością, niech ma odwagę poddać się ocenie innych. Każdy ma prawo do swojego zdania, tylko proszę o jedno zastanówcie się czy piszecie na podstawie tego, co Wy sobie wyobrażacie, czy tego, co ja przekazuję.  Atak anonimowy, zastraszanie pamiętajcie, że to metoda ludzi słabych.  Jeśli komuś nie odpowiada to, co ja pisze, to w sumie czy jest przymus czytania, czy wyładowywanie się na mnie jest tylko niezadowoleniem z moich tekstów, czy też, osobistą frustracją i rozładowaniem napięcia. Żyjemy szybko, ale czy chcemy szybko umierać? Czy nie warto zwolnić i odetchnąć niż nakręcać się przez ostre komentarze, życie jest za krótkie by tracić na to czas i zastanawiać się, jak komu dołożyć. Żyjcie tak jak jest dla Was wygodnie, czerpcie z życia, nie gońcie za złudnym rozładowaniem napięcia. Nie traćcie czasu na nijakie w Waszym mniemaniu osoby, na pewno otaczają Was ludzie godni uwagi i waszego czasu.

Szkoda życia, żyjcie pełną piersią, czujcie naturę, innych żywych ludzi, śmiejcie się, smucicie, spełniajcie się, żyjemy w ciągłym pędzie, warto się zatrzymać i poszukać tych, dla których warto….

środa, 19 lipca 2017

Domowe jedzenie - tanie i zdrowsze



Często nie mamy czasu, chęci, czujemy się gorzej i zrobienie obiadu domowego bywa trudne. Chwytamy wtedy za coś gotowego, a potem mamy wyrzuty sumienia, czujemy się nie fajnie z tym, bo miało być zdrowo i oszczędnie, a my polegliśmy.  Ja na takie dni mam zestaw dań szybkich, staram się mieć coś w słoiku lub mrożonego, właśnie na dzień, kiedy nie mam czasu, chęci, zapału lub musi to zrobić ktoś inny z domowników nie ja. Polecam metodę gotowania więcej np. sosu mięsnego lub warzywnego i część mrozimy lub pasteryzujemy, ja chętnie pasteryzuję takie sosy, bo nie tracę czasu na odmrażanie, wlewam do garnka i dogotowuję makaron, ryż, kasze lub ziemniaki, wyjmuję np. buraczki ze słoika z domowych wyrobów lub ogórki, paprykę i mam szybki domowy obiad, bez stresu i wyrzutów sumienia. Pasteryzuję również np. wywar z mięsa gotowanego do pasztetu dzięki temu mam szybką bazę do zupy, mogę wrzucić ziemniaki i warzywna mrożonkę i po 30 minutach mam gotową zupę. Podobnie robię z innymi zupami również zaprawianymi śmietaną. Jak zostanie z obiadu pasteryzuję i odstawiam do lodówki, będzie na dzień, kiedy brak czasu i chęci na gotowanie.
Mam też szybkie dania bez wcześniejszych przygotowań
Makaron z sosem pomidorowym – wystarczy przesmażyć cebulę z dowolna wędlina lub mielonym mięsem, dokładam koncentrat, przyprawy odrobinę wody w tym czasie gotuje makaron/ryż i gotowe danie w 30 minut.
Ziemniaki, jajko sadzone i szpinak/marchewka/brokuły – gotujemy ziemniaki, warzywa z mrożonki i smażymy jajko. Porządny obiad na szybko. Tani i zdrowy.
Ryż z owocami – dowolne owoce w sezonie letnim, ryż wymieszany na gorąco z masłem, cukrem i cynamonem przekładam warstwami z owocami, polewam śmietaną i do pieca na 30 minut. Szybko, tanio, zdrowo i dzieci kochają tą zapiekankę.
Makaron z czosnkiem i ziołami – gotuje makaron, ścieram czosnek, mieszam z oliwą i ulubionymi ziołami, mieszam wszystko razem z odsączonym gorącym makaronem. Najszybszy obiad, jaki znam. Dokładam czasem oliwki posiekane, chili w płatkach, czasem posypię posiekanym jajkiem gotowanym, żółtym serem tartym lub fetą. Zależy, co mam pod ręką.



Naprawdę nie musimy stać godzinami w kuchni by jeść domowe obiady. Owszem lubię gotować, ale nie zawsze mam na to chęć i czas, zatem sięgam po domowe gotowce lub szybkie dania robione od podstaw w domu.

Domowe dania są naprawdę zdrowsze i tańsze. Smak łatwo dostosować do domowników, nie jemy konserwantów i wzmacniaczy smaku, wiemy, kiedy to danie zostały przygotowane, z jakich składników. Możemy sami dostosować te składniki, które są wskazane dla naszych domowników, a nie godzić się na to, co daje nam producent. Polecam domowe obiadki. 

środa, 12 lipca 2017

Zbiory, zbiory....




Zbiory w ogrodzie zaczęły się już na całego. Codziennie przynoszę coś do domu i mogę z tego przygotować posiłek. Dziś będzie leczo na kolację, bo mamy wysyp cukinii i kabaczków.
W sobotę taki mały zbiór był z naszego ogrodu, ogórki trafiły do kiszenia, porzeczki do ciasta i babeczek, cukinie na grilla, rzodkiewki i bób do prawie natychmiastowej konsumpcji.




Dziś zebrałam 4 kg ogórków, czyli razem już około 15 kg zebraliśmy z ogrodu, tym razem wrzucę w słoiki do kiszenia, niedługo jedziemy na krótki urlop będzie jak znalazł.


Uwielbiam pracę w ogrodzie, zbiory W tym roku 37 kg czerwonej porzeczki zebraliśmy, wydawało się, że będzie, z 50, ale sporo spadło w czasie burz. Wino nastawione, sok w słoikach. Truskawki dzieci jadły przez miesiąc codziennie, niestety borówki nam pomarzły i nie będzie zupełnie nic, no cóż tak to bywa z naturą. Inne uprawy dają jednego roku więcej zbiorów, zaś inne malutko. W tym roku ogórki i cukinie nas obdarzają obficie. 

Dopisek z dnia 19.07 - mam już 22 słoiki litrowe ogórków kiszonych z własnego ogrodu na zimę. W tym roku nie muszę kupować ogórków do zimowego kiszenia, na krzakach mam sporo jeszcze ogórków, więc za 3 dni będzie kolejnych 5 słoików. 

wtorek, 11 lipca 2017

Chleb z mąki gryczanej



Dziś chcę się podzielić z Wami przepisem na ulubiony chleb moich chłopaków. Jest to chleb bezglutenowy, co prawda ja nie używam w celu jego wypieku certyfikowanych mąk, bo u nas nie jest problemem sam gluten, ale pszenica i żyto u chłopaków. Kupuję mąki głównie firmy Melvit. Chleb ładnie zachowuje świeżość przez 2-3 dni, raczej go nie mrożę, bo odrobinę się kruszy, piekę więc małą brytfankę – keksówkę by został zjedzony bez mrożenia.



Składniki:
  • 100 g skrobi ziemniaczanej/mąki ziemniaczanej
  • 100 g maki kukurydzianej
  • 300 g maki gryczanej
  • 1,5 łyżki cukru
  • ¾ łyżki soli
  • 4 łyżki siemienia lnianego całego (można dodać różne nasiona)
  • 25 g drożdży świeżych
  • 550 ml wody letniej



Mieszam najpierw wszystkie suche składniki, następnie dodaję drożdże i wodę, całość dokładnie wyrabiam łyżką, odstawiam na 20 minut w ciepłe bez przeciągów miejsce. Blaszkę smaruję smalcem, ale można dowolnym tłuszczem lub wyłożyć papierem (niestety do papieru się mocno przykleja i nie lubię potem odrywać chleba). Po upływie 20 minut mieszam dokładnie chleb i przekładam do foremki, odstawiam na 5 minut. Po tym czasie rozgrzewam piecyk do temperatury 230 stopni (chleb ma czas dalej rosnąć, bo mój piecyk potrzebuje około 14 minut by rozgrzać się do takiej temperatury). Wstawiam chleb i ustawiam czas 10 minut, po tym czasie zmniejszam temperaturę do 210 stopni i piekę jeszcze 45 minut. Wyjmuję chleb zaraz po upieczeniu i studzę na kratce. 

piątek, 7 lipca 2017

Takie tam.....



Dziś jedno dziecko kończy turnus kolonijny, a jak to ja, biegam po kuchni i przygotowuję smakołyki dla córci, bo Gwizdka tęskni za domowym jedzonkiem. Zamówiła sobie domowe hamburgery i ciasto pleśniak z tego przepisu
Marzy o kąpieli w wannie, swoim pokoju i domowej ciszy. Dobre są takie rozstania, każdy zatęskni i doceni to, co ma. Wyjazd był tylko tygodniowy, ale pełen emocji i nowych wyzwań. 






czwartek, 6 lipca 2017

Dary natury



Jak ja kocham czas, gdy ogród zaczyna nas żywić. Uwielbiam to szybkie wyjście z miska do ogrodu i wracam z cudownymi darami natury. Niektórych darów jest aż nadto, z dwóch krzaków zebraliśmy 13 kg czerwonej porzeczki, a czeka od zbioru jeszcze 7 krzaków. Jeden pojemnik z winem nastawiony, lubimy to nasze domowe wino, znajomi równie chętnie sięgają po nie w czasie wizyt u nas. Udało nam się już zebrać 4,5 kg ogórków gruntowych, nareszcie z własnej uprawy kiszone ogórki, ale w następnym roku będziemy je uprawiać, jako pienne.  Na stałe już podbieramy z ogrodu włoszczyznę, szczypior, bób. Za tydzień będzie nowy wysyp rzodkiewek, kalarepy. Mam nadzieję, że na sobotniego grilla ze znajomymi zerwę kilka cukinii już. Pomidory niestety jeszcze zielone są, za to już duże i okazałe. Na krzaczkach dojrzewa czarna porzeczka, myślę, że na sobotnie ciasto już będzie akurat dojrzała. Niestety w tym roku nie będziemy mieli owoców z drzew po za wiśniami, wszystko nam pospadało. No cóż tak bywa, natury nie da się sterować, jeśli chcemy jeść naturalne jej produkty.



Praca w ogrodzie bywa ciężka, czasem nie mamy na nią akurat w tym momencie ochoty, ale uspokaja, a potem daje tylko satysfakcji ze zbiorów. Nie opryskujemy roślin żadną chemią, nawozimy też naturalnie, a w tym roku niewiele podlewamy przyroda sama dba o roślinność. Już robię plany, co będzie rosło na parapetach zimą, jakie podejmę eksperymenty, co będzie nowością na zimowym parapecie.
Do pracy w ogrodzie trzeba dojrzeć, nie zmuszajcie swoich dzieci, jeśli chcą pomóc korzystajcie, pokazujcie im, pozwólcie obserwować siebie, ale nic na siłę. My pozwalamy się dzieciom przyłączyć do prac ogrodowych, zachęcamy, ale nie zmuszamy. Nie jesteśmy w sytuacji, że od upraw w ogrodzie zależy nasz byt, więc, po co zniechęcać dzieci. Córka uwielbia np. siać, ale pielić już nie lubi, więc siej, sadzi, a potem chętnie zbiera i zjada, bo cieszy ją, że sama siała i wyrosło. To nic, że potem my dbamy o rośliny, to nie jest ważne, ona ma swoją satysfakcję i niech tak będzie. Ona przychodzi i patrzy jak pielę, nawożę, wie, że samo sianie to nie wszystko. Na razie doświadcza cudu natury, że z nasionka, cebulki rodzi się piękna roślina, a potem ją zajada ze smakiem.
Za rok posiejemy z córką więcej bobu, uwielbimy go i nawet udało się nie opryskiwać go, sam się obronił przed mszyca, a ja mu tylko odrobine pomogła zlewając silnym strumieniem jego dzikich lokatorów, bez pozwolenia na wynajem.
Polecam uprawę warzyw, ziół obojętnie czy mamy ogród, balkon czy tylko parapet. Pielęgnacja ziół na parapecie i ich zbiory tez dają niemałą satysfakcję. Mam znajomą, która uprawia na parapecie ostre papryczki, szczypiorek, pietruszkę, bazylię, oregano, tymianek i z całkiem niezłym efektem. Ma małe mieszkanie, więc nie ma innych roślin w nim po za jadalnymi. Mówi, że tak jest fajniej i rozsądniej.
Jak widać wystarczy chcieć, a Internet jest pełen niesamowitych pomysłów. Teraz jest moda na własne warzywa i zioła, więc pomysły się mnożą. W Ikei widziałam ostatnio jakieś pomoce do domowych upraw ziół, nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało, ale wiem, że przechodziłam koło takich cud.

Próbujcie, jeśli choć odrobinkę Was pociąga własna uprawa roślin jadalnych, owszem ponosi się i porażki, natura to nie pasmo sukcesów. Ale bez ryzyka nie ma efektów. 

środa, 5 lipca 2017

Wspomnień czar....


Dziś tak nostalgicznie, ale ta piosenka daje mi energię gdy upadam, 
gdy nie mam sił. Wstaję i biegnę dalej z całych sił. 


To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!



Lubię taką muzykę, chętnie słucham poezji śpiewanej, uwielbiam Stachurę. Wczesna młodość spędzałam na obozach harcerskich, koncertach typu Yapa. To był dobry czas, to był czas gdy kształtował się mój światopogląd. 
Do dziś spotykamy się z ludźmi z tamtych lat, przybyło nam siwych włosów i zmarszczek, ale błysk w oku, idee, pomocne dłonie są nadal. 



wtorek, 4 lipca 2017

Urodziny




Za mną kolejne urodziny. Rodzina wszystko zaplanowała w tajemnicy i udało im się, nie wydali fortuny, owszem prezent tez dostałam. Córka upiekła ciasto włożyła w nie świeczki, maż przyrządził z synem kolację, posprzątali dom i przybrali balonikami. Dzieci przygotowały mi kąpiel pachnącą w oprawie świec, a mąż od siebie dołożył lampkę wina. Wspaniałe są takie chwile, pełne spokoju i relaksu. Nie muszą dużo kosztować, wystarczy troszkę pomyśleć. Dzieci wraz z mężem zrobiły burzę mózgów i wymyślili właśnie taki scenariusz. Takie urodziny czasem mocniej zapadają w pamięć niż huczne i drogie przyjęcie. Bardzo ich kocham, tak bardzo się starali. Dziękuję!!

Ja generalnie mam zazwyczaj dziwne przygody w dzień urodzin, ale nie tym razem. Gdy byłam dzieckiem nie miałam przyjęć, tortów itp. Wakacje nie sprzyjają takim atrakcjom. A gdy już byłam dorosła w urodziny prześladował mnie dziwny pech, może zostało to przełamane…. :)


piątek, 30 czerwca 2017

Domowe hamburgery



Był przepis na bułki to teraz hamburgery. Ja robię bardzo proste kotlety do hamburgerów. Używam tylko kilku składników. Do tego bułka, pomidor, kiszony ogórek, liście sałaty lub szpinaku, majonez, keczup, cebulka pokrojona w cienkie krążki.




Składniki:

  • mięso mielone (przyjmuje się 150-200 g na jeden kotlet) dowolne, zależnie od preferencji, zdrowia i zasobów finansowych
  • czosnek 3 ząbki
  • 2 łyżki musztardy
  • jedno całe jajko
  • sól, pieprz do smaku

Czosnek obieram i ścieram na drobnej tarce, można oczywiście przecisnąć przez praskę.  Mieszam wszystkie składniki dokładnie i odstawiam mięso ma godzinkę do lodówki. Następnie formuję płaskie, okrągłe kotlety, ja smażę na patelni zwyczajnie, można oczywiście na patelni grillowej, na grillu w piecyku, wszystko zależy, jakie lubimy.

Układamy w bułkach kotlet, warzywa, majonez/keczu lub inny ulubiony sos. Koniec, mamy domowe, zdrowe hamburgery, które dzieci mogą zjeść bez wyrzutów naszego sumienia. Ja używam bułeczki z tego przepisu. Smacznego!

środa, 28 czerwca 2017

Zdrowe bułki bez mąki pszennej




Od jakiegoś czasu dzieci marzyły o domowym hamburgerze. Oczywiście robiłam je, ale bez jednej najważniejszej rzeczy – bułeczka. Hamburger miał być pełno wymiarowy, taki zupełnie prawdziwy, mięsko, warzywa, majonez, keczu i bułeczka. W końcu powstały bułeczki bez pszenicy na miarę bułeczek do hamburgerów.  Na pierwszy rzut oka wydają się bardzo trudne do zrobienia, ja długo się do nich zbierałam, ale w końcu krótko – są szybkie i smaczne, a do tego zdrowe.





Ale co ja będę się rozwodzić nad ich cudownością, podam Wam przepis i spróbujcie sami.

Składniki:
350 g mąki ziemniaczanej
300 g mąki gryczanej
50 g zmielonego słonecznika
50 g zmielonego siemienia lnianego
30 g drożdży
500 ml wody
3 łyżki oliwy/oleju
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru


Wszystkie składniki dokładnie mieszamy najlepiej mikserem lub robotem przez około 5 minut. Ciasto powinno być dość gęste, ale nie przypomina ciasta do lepienia dłońmi, raczej jak masa na bezy. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia układały ciasto łyżką, starając się by przypominały okrągły kształt. Odstawiamy do wyrośnięcia na 30 minut, następnie pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 25 minut. Mnie wychodzi około 12 sztuk bułek. 

sobota, 17 czerwca 2017

Pierwsze zapasy z ogrodu



Nowy sezon ogródkowy zaczyna nam zapełniać opróżnioną spiżarkę. 
Dziś do zamrażarki trafiły pierwsze zapasy rabarbaru. 
Lubimy zapiekankę z rabarbaru i ryżu, oraz ciasto z rabarbarem i racuchy. 
Więc chętnie się po niego sięgnie zimą, a teraz na bieżąco podjadamy również. 
Dziś były na kolację racuchy z rabarbarem zamiast jabłek. Ja mam silną alergię na jabłka (dochodzi do obrzęku krtani), więc świetnie rabarbar wszedł w ich miejsce. 
Wiem, że rabarbaru nie powinno się jadać często, ale co jakiś czas lubimy z nim potrawy. Bo jednak posiada swoje zalety dla naszego zdrowia, rabarbar dostarcza dużo potasu, magnezu, żelaza, fosfor, witaminy C, beta-karotenu.




Dziś do zamrażarki trafiły 4 paczki po 400 g obranego już rabarbaru. 

środa, 14 czerwca 2017

Zupa z brokułów z kasza jaglaną i gotowanym jajkiem



U młodszego syna wyszły słabe wyniki krwi, rośnie niesamowicie teraz, uprawia sport, więc ma prawo jego organizm nie nadążać. Sugestia lekarza sportowego to zwiększyć ilość żelaza w diecie. Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać, jak zmienić coś w diecie nie ma problemu, młodzieniec, co prawda odrobinkę próbuje „wierzgać”, ale wyjścia nie ma. Wprowadzam w jego dietę, a przy okazji całej rodziny (w diecie żelaza przedawkować się nie da) więcej żelaza. Żartuję sobie, że zrobię z niego Iron Mana. Syn ma od urodzenia tendencje do niskiego poziomu żelaza, więc u nas to nieszokująca jest informacja, jeśli wychodzą wyniki krwi na pograniczu anemii. Córka dojrzewa, najstarszy chudy jak patyk, to nie ma, co się zastanawiać, zmiany w diecie są potrzebne. Wczoraj była zupa jarzynowa zgęszczona jajkiem oraz naleśniki z nadzieniem do pierogów ruskich, ale zamieniłam ziemniaki na białą fasolę. Dziś zupa krem brokułowi z kaszą jaglaną i jakiem gotowanym, a do tego kotlet mielony z dodatkiem wątróbki, surówka z kapusty kiszonej, ziemniaki, do podjadania truskawki z ogrodu (w tym roku niezły urodzaj jest. Do kanapek stosujemy, jako zamiennik sałaty liście szpinaku z naszego ogrodu. Tak pomalutku zmieniamy dietę by nadrobić niedobory żelaza.




Przepis na zupę brokułów z kaszą jaglaną.

Składniki:
  • 2 duże kwiaty brokułów (zupa na dwa dni dla pięciu osób)
  • szklanka kaszy jaglanej
  • włoszczyzna
  • ¼ paczki masła lub innego dowolnego tłuszczu (ja dodałam tłuszcz i galaretkę po gotowaniu mielonki w szynkowarze, oraz masło)
  • 1 łyżka przyprawy curry
  • ½ łyżeczki kminu rzymskiego
  • sól do smaku
  • 1 łyżka suszonego lubczyku
  • 1/3 łyżeczki pieprzu cayenne
  • woda


Oczyszczam brokuły z liści, ścinam twardsze części łodygi, ale dużo zostawiam, nie ma sensu ich się pozbywać, mają dużo wartości odżywczych, a i tak je mielimy. Wrzucam pokrojoną i obrana włoszczyznę, dokładam curry, pieprz, lubczyk, zalewam woda by wszystko było przykryte, zagotowuję. Kasze jaglaną płucze na sicie zimną woda, potem przelewam szklanka wrzątku i następnie zimną wodą. Wrzucam kasze do gotującej się zupy, dokładam sól, tłuszcz i przykrywam całość, gotuję do miękkości. Następnie zestawiam z pieca i miele ręcznym blenderem w garnku. Doprawiam do smaku sola, ewentualnie pieprzem/papryką. Podaję z ugotowanymi jajkami pokrojonymi w ćwiartki. My lubimy posypać całość wędzoną, mieloną papryką.  Można posypać prażonymi płatkami migdałów lub sezamem.  Zupa jest bardzo sycąca, energetyczna i może być w wersji wegańskiej.


środa, 7 czerwca 2017

Zdrowie i odżywianie



Oszczędne życie to przede wszystkim dbanie o zdrowie, jeśli zdrowie zaczyna szwankować to wszystko się sypie. Dlatego tak ważne jest zdrowe odżywianie (oczywiście o ten stan musimy dbać zawsze, ale z pustym portfelem jest trudniej niwelować skutki złej diety).  Nie możemy sobie pozwolić na tam zwane śmieciowe jedzenie. Brak wartości odżywczych w pożywieniu powoduje problemy zdrowotne, czasami nie tylko te typowo zdrowotne, ale również problemy zdrowia psychicznego. Wielu naukowców dowiodło, że niedobory witamin z grupy B są przyczyną wielu chorób psychicznych. Zatem zdrowie przede wszystkim. Powiecie super, ale ja nie mam funduszy na dobre jedzenie, a ja powiem bzdura, możesz tylko nie mieć czasu na przygotowanie tego jedzenia. Produkty na szczęście w naszym kraju do przygotowania od postaw posiłku jeszcze nie są droższe od zakupienia np. gotowej pizzy.  Niestety domowa pizza wymaga więcej naszego czasu i zaangażowania niż wykonanie telefonu do pizzerii. Niestety coś za coś, lekko nie ma, albo tani i zdrowo, ale spędzamy czas w kuchni, albo wygodnie, nie zawsze zdrowo i drożej. Ostatnio na urlopie dzieci poprosiły o zakup gotowych frytek w budce, ok zgodziliśmy się, na co dzień jedzą domowe z piecyka, samodzielnie wykonane od podstaw z ziemniaka, więc niech maja trochę odmiany. Efekt, pomijają cen…e nas zaskoczył. Córka dostała biegunki, a syn bóli brzucha. Na drugi dzień idę ze śledztwem do budki i pytam, co i jak z frytkami, bach dowiaduję się, że po pierwsze są smażone w tłuszczu gdzie smaży się wszystko – sery panierowane, kotlety panierowane, kurczaka itd. Po drugie pani szeptem informuje mnie, że tłuszcz zmienia się jak jest już ciemny, bo inaczej to szefowa robi raban, że marnotrawią jej kasę.  Podziękowałam grzecznie, nie zrobiłam awantury, dziewczyna naprawdę chciała pomóc jak usłyszała, że syn ma alergię na pszenice, a córka nietolerancję laktozy i nie wiem, co się dzieje z dziećmi. Podsumowanie, zapłaciłam za 150 g frytek 5 zł dostała w zamian produkt niezdrowy dla każdego z powodu, jakości tłuszczu i jeszcze z dodatkiem laktozy i pszenicy niezdrowy dla moich dzieci. Kupując 1 kg mrożonych frytek w zapłaciłabym 7 zł, nawet używając tylko raz l oleju do usmażenia ich wydałabym około 5 zł razem wyszłoby 12 zł za kg frytek w dużo lepszej, jakości dla naszego zdrowia. Jedna porcja frytek wyniosła by mnie coś około 2 zł. Jak dla mnie wystarczy, by jednak zrobić ten wysiłek i przygotować domowy fast food samodzielnie.



Dalej mówiąc o zdrowi i oszczędnościach, warto trzymać się ściśle zaleconych diet lub omijać, co wiem, że nam szkodzi. Zmniejszamy dzięki temu wydatki na leki, a pamiętajmy, że reakcja alergiczna niesie dla naszego organizmu nie tylko dyskomfort, ale osłabia nasz system immunologiczny, niszczy jelita, czasem powoduje reakcję zatrucia toksycznego organizmu, wszystko zależy jak od tego jak nasz organizm reaguje na alergen. Czasem otoczenie nie rozumie problemu alergii pokarmowej i rzuca niefrasobliwie tekst, – o co się przejmujesz potem weźmiesz tabletkę i będzie po problemie, nie wydziwiaj, jedz, co jest, będzie dobrze. Hmm, przyznam, że takie wypowiedzi powodują u mnie agresję i poczucie braku akceptacji, tolerancji, brak troski o moje zdrowie, wręcz wygodę częstującego mnie. Niestety, ale w społeczeństwie polskim, jest mała świadomość, jakie niesie konsekwencje zła dieta, a co dopiero zła dieta dla osób z problemami zdrowotnymi. Zatem musimy sami szanować samych siebie i dbać o swoje zdrowie i swoich bliskich. Ja np. zabieram ze sobą na wizytę u znajomych domowe ciasto, czasem pieczywo, gdy wiem, że podadzą kolację i będzie potrzebne. Większość naszych znajomych super wspiera nas w naszych problemach z alergią i na luzie potrafią się dostosować, podają kukurydziane chipsy, risotto z warzywami i mięsem, owoce, warzywa krojone w słupki i różne pasty lub sosy, sałatki na bazie ryżu, sałatki warzywne, mięso z grilla. To naprawdę nie jest problem przyjąć takich gości. Ja przynoszę ciasto i dla wszystkich jest ok, każdy ma, co zjeść i nie ma problemu. Jeśli wiem, że idę do domu gdzie ktoś nie zna moich problemów, zabieram ciasto i sałatkę, wtedy nie jestem żadnym problemem. Teściowa np. poprosiła o przepisy na dania i ciasta potraw, jakie jedzą nasze dzieci, by mogła spokojnie wybrać coś jak się pojawimy. Pamiętajcie, że organizm po wpadkach dietowych regeneruje się dłużej niż by odczuwamy skutki. Potem kończymy w toalecie lub z inhalatorem, tabletkami w ręku a to tylko pozorny koszt tego, że zaszaleliśmy.
Odżywianie to filar naszego zdrowia, nie chodzi tu o problem tylko otyłości, choć obecnie i ten problem wiele osób uważa za problem tylko estetyczny. Jak dla mnie estetyka to zupełnie marginalny skutek. Główny to problemy zdrowotne. Stawy nie dają rady z ciężarem, kręgosłup się deformuje od dźwigania otyłości brzusznej, nadciśnienie, problemy z sercem itd. W nosie nasze odbicie w lustrze, czasem tłuszczyk potrafi dodać uroku, ale problem jest ze zdrowiem, kondycją. A to niestety problem finansowy, leki, gorsza wydajność, mniejsze dochody.
Czasem słyszę od osób, które zmieniają swój sposób odżywiania i po kilku tygodniach, miesiącach oświadczają, że jest gorzej niż było. No jasne, że będzie gorzej, po pierwsze stajecie się świadomi każdej wpadki żywieniowej, wcześniej wasz organizm żył w permanentnym stresie, teraz czujecie każdy dyskomfort. Po drugie, dręczyliście go przez wiele lat, a teraz oczekujecie, że naprawa będzie w kilka tygodni? Kolejny problem to problem pokus i ciągłe poczucie udręczenia. Patrzycie na hamburgera i go chcecie, ale wiecie, że nie powinniście, poukładanie wewnętrzne to jeden z elementów samouzdrowienia. Ja w tej chwili patrzę na parówki (uwielbiałam parówki na ciepło z keczupem i biała bułeczką), widzę zmielone wymiona, skórki i całą masę chemii by mi to smakowało, zupełnie nie mam na nie ochoty, wręcz czuję odrazę. Nasza psychika to jeden z ważniejszych elementów w zdrowym trybie życia, no bo jak pozostać szczupłym jeśli przy każdym posiłku toczymy wewnętrzna walkę, wiadomo, że w końcu ją przegramy. Zatem nie możemy z dnia na dzień czuć się świetnie po zmianie nawyków żywieniowych do tego potrzeba czasu, dajmy szanse na oczyszczenie się naszych komórek, na ułożenie psychiczne. Nie wiem, czy przy problemach z otyłością nie powinno się zaczynać od terapii u psychologa, a potem w zespole u dietetyka. Ale to tylko takie moje osobiste zdanie, nie jestem fachowcem, wynika ono z moich obserwacji i doświadczeń własnych. Obecnie ważę 54 kg przy wzroście 163 cm, ale miałam wahania przez 26 lat małżeństwa 20 kg i nie pisze tu o okresie ciąży i zaraz po.  Niedowaga jest tak samo zła jak otyłość, obecnie staram się utrzymać wagę na stałym poziomie z odchyłami 2 kg.

Oj, ale się rozpisałam, zdrowe żywienie to coś, co staram się zgłębiać i zachować w miarę zdrowy rozsądek, widzę jak duże dobrodziejstwo niesie dla mojej rodziny i dla mnie. Ja po rezygnacji z pszenicy mogłam zrezygnować z leków antyhistaminowych i sterydów, syn młodszy również. Córka po odrzuceniu laktozy z diety zaczęła rosnąć i lepiej wyglądać (cienie pod oczami, bladość zniknęły), najstarszy syn na diecie bez laktozy, cukru i glutenu świetnie się wycisza, zapach jego skóry jest przyjemny (wcześniej jak się spocił pachniał jak parzone pierze), mąż po rezygnacji z laktozy i pszenicy nie przybiera na wadze, nie ma problemów skórnych, lepiej sypia. U nas w domu leki owszem są w apteczce na wszelki wypadek, nie jesteśmy zupełnymi ignorantami. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Co u nas.....



Troszkę milczałam ostatnio, ale sporo się u nas działo, więc czasu było mało. Końcowe egzaminy w szkole, zawody syna, treningi córki itp.
Mamy za sobą kolejny rok Edukacji Domowej (już 4 zamknęliśmy), od 27 maja dzieci mają wakacje już. Dla przypomnienia syn gimnazjum, córka szkoła podstawowa. W tym roku dzieciom poszło bardzo dobrze, dzieci dały z siebie wszystko by wysoko zaliczyć egzaminy roczne.
Pomiędzy tym wszystkim były dwukrotnie zawody syna łucznicze, badania przed wyjazdem na obóz sportowy z klubu. Przygotowania do egzaminu z samoobrony córki, konkurs keyboardowy, między powiatowy syna, klasowe wyjazdy najstarszego syna, ogród, który wymaga sporo pracy. Naprawdę sporo się działo.



Udało nam się wyjechać na tydzień w cenach promocyjnych przedsezonowych nad morze, psinka nasza też pojechała. Takie bonusy daje nam nauka w domu, że możemy podróżować po za sezonem, dzięki temu naprawdę dużo, dużo taniej. Żywimy się sami, zabierając prowiant z domu i gotując dodatki na miejscu, w tym roku również piekłam pieczywo i po raz pierwszy upiekłam urlopową po za domem pizzę. Takie wyjazdy są naprawdę dużo tańsze, wybieramy miejsca gdzie mamy dostęp do kuchni lub używamy własnych sprzętów typu kuchenka gazowa, piecyk elektryczny, który wozimy ze sobą.  Pytamy gospodarzy czy możemy używać takich sprzętów i spokojnie samodzielnie gotujemy i pieczemy sobie. Naprawdę sporo można zaoszczędzić.
Przed nami popis muzyczny, semestralny syna, egzamin z samoobrony córki, zakończenie roku szkolnego najstarszego syna, potem już zupełnie legalne wakacje. Planujemy kilka krótkich wyjazdów, rodzinnych po za tym syn jedzie na obóz sportowy z klubu (naprawdę korzystne ceny, bo klub dofinansowuje), córka niestety tylko na tygodniowy wyjazd, koszty na dwa były za wysokie, ale jedzie samodzielnie, więc może nabierać umiejętności samodzielnego radzenia sobie w grupie. Potem jeden wyjazd 4 dniowy rodzinny do rodziny na Mazurach i tygodniowy w góry. Pomiędzy wycieczki rowerowe, wypady na basen (3 zł wakacyjne wejścia dla dzieci), jazda na rolkach, jednodniowe wycieczki w okolicy województwa.
Mamy nadzieję, że uda nam się ciekawie spędzić z dziećmi wakacje, nie wydając fortuny. Dzieci nasze nie wołają żadnych dodatkowych urozmaiceń na wyjazdach typu gofry, lody, karuzele, gadżety itp. Staramy się zaspokoić ich potrzeby własnymi wyrobami, drobne pamiątki owszem kupujemy np. z nad morza zakładki do książek dla syna za 5 zł, kolczyki z bursztynem dla córki za 18 zł. Im to wystarcza, nie oczekują więcej, nie wymuszają niczego, nie zadają.  Lody dzieci miały i owszem, na kwaterze zamroziłam im jogurty, tym razem nie z oszczędności, ale z rozsądku, skład kupnych lodów jest porażający i nie mamy na niego chęci. Zatem wymieszałam jogurt z truskawkami i zamroziłam.  

Tak to sobie właśnie podróżujemy. Dla wielu wyda się to dziwne, nienormalne, ba nawet chore, ale to jest nasz sposób na zwiedzanie, wypoczywanie, podróżowanie. Gdy byliśmy 2 lata temu w Holandii w delfinarium nikogo nie dziwiło wyjęcie własnego prowiantu, ba nawet na terenie nie było za bardzo gdzie zjeść, ludzie wyjmowali wymyślne domowe przekąski, rozkładali się na wszędzie dostępnych stoliczkach i zajadali to, co przynieśli ze sobą. Jadąc przez Niemcy trafialiśmy na pełne eleganci i szyku pikniki przy autostradzie, z obrusem i filiżankami. Zaś w Anglii to my wyglądaliśmy dziwacznie na parkingu wyjmując domowe produkty a nie otwierając pudełka z hamburgerem zakupionym na stacji.  Jak widać, co kraj to inne obyczaje. My lubimy wiedzieć, co jemy, do tego nie lubimy przepłacać na średniej, jakości przekąski, więc podróżujemy z własnym prowiantem. 

czwartek, 25 maja 2017

Trollujący sadyści??





Dziś nie mój tekst, ale pewna ciekawostka naukowa. Czy ma faktyczne pokrycie z rzeczywistością, oceńcie sami. Ja się nie będę wypowiadać. 


"...W badaniach przeprowadzonych przez naukowców z trzech kanadyjskich uniwersytetów skupiono się na stylu komentowania w internecie i powiązaniu tego stylu z wynikami klasycznych już badań sprawdzających nasilenie skłonności psychopatycznych, makiawelicznych i narcystycznych wśród badanych. Tym razem próbowano jednak zmierzyć także ich skłonności sadystyczne. Przebadano ponad 1200 aktywnych internautów. Okazało się, że osoby, których komentarze wykazywały najwięcej znamion trollingu oraz które zdradzały skłonności do prześladowania i piętnowania innych internautów, były jednocześnie tymi, które osiągnęły najwyższe wyniki w ocenie osobowości pod względem sadyzmu. Pozostałe trzy cechy występowały oczywiście wśród uczestników badania, ale żadna z nich nie była tak silnie powiązana z określonym stylem komentowania.."

wtorek, 23 maja 2017

Pracujemy w ogrodzie....



Troszkę ostatnio jestem zajęta, więc mniej pisze. 
Sezon prac ogrodowych w pełni, chwasty rosną najlepiej, jak kończę pielenie to mogę zaczynać od początku. Na grządkach do zbioru już są rzodkiewki, koper, nać pietruszki i szczypiorek. Ja wszystko skrzętnie ścinam i mrożę. Pomidorki koktajlowe kwitną, z ziemi wychodzi fasolka szparagowa, buraczki. Sadzonki dyni, kabaczków i cukinii posadzone, a dodatkowo kilka posianych wprost do gruntu wschodzi.  Kalarepa i kapusta z rozsady posadzona, czekam czy się przyjmą, mam jeszcze do rozsadzenia sporo, więc mogę dalej produkować. Bób (po raz pierwszy mam w ogródku) ładnie pnie się w górę, rzodkiew, coraz większa jest. Zapomniałam, że już szpinak mam tez do zbioru, można witaminki z ogrodu własne zajadać. W tym roku nie wiem jak będzie z owocami, porzeczki wyglądają ok, jak nic się nie wydarzy będą spore zbiory i czerwonej i czarnej.  Jak widzicie, właśnie na takich zajęciach ostatnio spędzam czas, nie powiem, że mi to nie sprawia przyjemności, lubię te prace ogrodowe, w tym roku mam dość sporo grządek, więc jest, co robić. Niestety brzoskwinie i nektarynki nie zostały opryskane w tym roku i weszła nam zaraza na liście, no cóż trudno, będziemy walczyć o drzewka. Tak to jest w ogrodnictwie i sadownictwie, raz wszystko jest super, a raz marnie. W zeszłym roku zmarzła nam nektaryna, w tym mamy zarazę. Za to kasztan jadalny po przeniesieniu do domu, wypuścił, a wyglądał na martwy, może mu się uda.  Praca z roślinami niesie radość, dumę, ale i smuteczki, koszty.

Kiedyś nie lubiłam prac w ogrodzie, kopałam i wierzgałam przed nimi. Może to fakt, że rodzice oczekiwali pomocy na działce bez względu na to, co miałam zaplanowane i czy mnie to pociągało. Teraz nie zmuszam dzieci, jeśli sami chcą to ok, jak nie to nie. Córka lubi siać, sadzić, ale nie pielić, syn lubi kosić, ale nie siać i pielić. Mają obowiązki domowe, do prac ogrodowych nie zmuszam, nie naciskam. Syn chce w tym roku nauczyć się strzyc żywopłot, ok niech tnie, córka marudzi, że chce spróbować kosić, niech spróbuje. Nic na siłę. Pomagają na przy zbiorach i to robią nawet chętnie i niech tak zostanie.




Jeśli uda nam się wyhodować to wszystko, co została zaplanowane, posiane to naprawdę będziemy w lecie głównie korzystać z naszego ogrodu. 

czwartek, 18 maja 2017

Dwa miliony wyświetleń!!!!!



Nadszedł ten dzień!!
Strona została wyświetlona ponad 2 miliony razy!!





Gdy zakładałam bloga, marzyłam by, choć jedna osoba przeczytała i choć jedna znalazła poradę, wsparcie. Gdy pojawiło się pierwsze 100 wyświetleń byłam zaskoczona, nie sądziłam, że moje pisanie może zainteresować tak wiele osób. To dzięki mężowi w ogóle zdecydowałam się pisać, to On uznała, że warto podzielić się naszymi doświadczeniami by ktoś nie musiał zaczynać od zera jak my w walce o godne życie przy braku pieniędzy. W trudnych chwilach ataków na moja osobę to On i Wy mnie wspieraliście (niestety nie rodzina, choć czytają regularnie nie potrafili stanąć w mojej obronnie). Czyli jak to jeden z czytelników napisał „nie najważniejsza jest krew, ważniejsze jest serce i rodzina serca jest podstawą naszej codzienności i poczucia bezpieczeństwa”.
Tak wiele osób czyta systematycznie mój blog, że naprawdę to przekracza moje wyobrażenie. Jestem osoba z dość niska samooceną, więc wiele to dla mnie znaczy.
Bardzo, bardzo Wam dziękuję!!!!
Wiele Wam zawdzięczam, nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wiele, na pewno dzięki Wam zaczynam wierzyć w siebie, a to jest dla mnie bardzo cenny krok do przodu.

Dziękuję, że chcecie czytać to wszystko, o czym piszę, wiem, że często nie trafiam w Wasze gusty, ale piszę o moim życiu, o moich przemyśleniach, o tym, jacy jesteśmy.  Ten blog to cząstka mnie.Jesteśmy różni, a to jest piękne, gdybyśmy wszyscy zgadzali się ze sobą, przytakiwali sobie, to rzeczywistość stała by się nudna, codziennie czegoś się od Was uczę. Jesteście dla mnie skarbnicą wiedzy, czerpię od Was całymi garściami!! Dziękuję!!

środa, 17 maja 2017

Media prawdę Ci powiedzą?



Rano włączam telefon i wyświetlają mi się wiadomości na pierwszym miejscu temat „Dieta bezglutenowa zabiła dziecko, rodzice staną przed sądem” Zaintrygował mnie nagłówek i po przeczytaniu po prostu mnie zamurowało, jak wiele informacji zalewa Internet, które są zupełnym bezsensem, bez pokrycia w faktach, wyssane z palca, nagłówki oszukują itd. Dziecko było zwyczajnie zagłodzone, autor przytacza fakt, że karmione było bezglutenowym mlekiem z komosy ryżowej i w wieku 7 miesięcy ważyło 4 kg, jego żołądek był pusty, a przyczyną śmierci była dieta bezglutenowa. Jak dla mnie sporo faktów jest zupełnie nielogicznych, jestem matką trójki dzieci, żadnego dziecka w wieku 7 miesięcy pediatra nie kazał karmić glutenem, ba nawet zalecał do roku wstrzymać produkty glutenowe, po drugie mleko od matki czy krowie też nie zawiera glutenu. Jak dla mnie przyczyną było zagłodzenie dziecka przez rodziców, którzy może byli weganami, może nie wiedzieli jak sobie poradzić z takim żywieniem u małego dziecka. Ale tytuł robi swoje – dieta bezglutenowa zabija. No cóż, mam kilku znajomych chorych na celiakie i maja się dobrze na diecie bezglutenowej.  My nie jemy pszenicy, no ale jemy żyto, jęczmień, owies więc w sumie jemy gluten, ale mamy się tez nieźle ze zmniejszoną porcją glutenu.
Ale w sumie nie chciałam rozwodzić się nad dieta i jej skutkami, chodzi mi raczej o bałagan medialny, o pisanie artykułów niepopartych wiedzą, niestety spora część społeczeństwa uwierzy temu tekstowi, już pojawiają się głosy o idiotyzmie diety, o głupich ludziach tak się żywiących itd. 


Tak często przyjmujemy wszystko na ślepą wiarę, że zaczynamy się gubić w tym, co jest prawdą. Granice pomiędzy fikcją a faktem się zacierają od lat. Sama musiałam sobie powiedzieć/nakazać/zabronić czytania i wiary wszystkiemu. Od dziś wyłączam wiadomości w telefonie, wiadomości nie są po to by informować, ale by manipulować społeczeństwem. Nie oglądam tv od dość dawna, nie posiadam anteny, mam owszem odbiornik, ale w celu oglądania filmów rodzinnych lub z płyt DVD.  Nie słucham radia w samochodzie, mam je, bo jest wbudowane fabrycznie i nie mam wyboru. Słucham muzyki z płyt CD. Pozostał telefon i wiadomości w nim mnie atakujące, od dziś już nie. Tak się często zastanawiam, co jest powodem irytacji u ludzi, dziś ja sama od rana byłam zirytowana tym dziwacznym artykułem, zatem koniec czytania takich idiotyzmów. Nie chcę przeczytać, który polityk, którego obraził, który polityk wyłudził coś państwowego, kto jest w ciąży z celebrytek, kto kogo rzucił i się rozwodzi. Jak dla mnie są to informacje tworzące szum, nie mam chęci na rozdrabnianie się i przyswajanie takich wieści. Ktoś powie – jak chcę żyć nie wiedzą, co się dzieje, a ja odpowiem – to, co mi podają media to tylko 10 % faktów prawdziwych.
Zastanówcie się, co usłyszycie włączając radio w drodze do pracy, wiadomości zaczynają się od wypadków, katastrof i zbrodni, potem dopiero są inne informacje. W jakim celu tak są skonstruowane? Ano w celu utrzymania w nas stałego lęku, poczucia zagrożenia, nieufności.  W celu manipulacji naszymi emocjami. My nie oglądamy, nie słuchamy i nie czytamy wiadomości, one i tak w różny sposób docierają do nas – w kolejce, od znajomych, od sąsiada, w pracy itd.

To jest nasze zdanie, nasz sposób na życie i nasze pomysły na nie.  My tak chcemy żyć, bo każdy ma prawo do własnych wyborów.